Pogoda

Radio Polonii 2000
Wietrzne Radio 1080am
GPDesigning.com

66 niezapomnianych lat temu!

W sześćdziesiątą szóstą rocznicę pierwszej wywózki Polaków z Ziem Wschodnich II RP na Sybir, do miejsc kaźni i eksterminacji narodu polskiego - tym wszystkim, którym nie starczyło ani sił, ani tchu, aby przeżyć jedną z największych tragedii narodu polskiego, których śmierć ocaliła od strasznych nieludzkich i głodowych cierpień, zabójczego chłodu i mrozu - Boże Wszechmocny - Stwórco tego świata, racz dać im wieczne odpoczywanie w tajgach Sybiru, na nieludzkiej ziemi. A tym wszystkim, których ocaliłeś Wszechmocny, Wielki Boże od bydlęcej, niechybnej śmierci, pozwól dożyć do czasu, kiedy powołasz ich do Królestwa Twego, kiedy będą musieli pożegnać ten padół łez, cierpień i ludzkich krzywd - Autor.

Jest już drugi rok 2006! Styczeń! Zbliżają się najbardziej tragiczne miesiące mego życia - mija sześćdziesiąt sześć lat od chwili, kiedy pamiętnego dnia, 10 lutego 1940 r. zostałem wraz z resztą rodziny wywieziony pod przymusem na Sybir. Mija sześćdziesiąt sześć lat, kiedy ojciec mój, oficer Wojska Polskiego, powołany w roku 1939 aby bronić napadniętej przez hitlerowców ojczyzny - dostał się w czasie obrony Lwowa do niewoli sowieckiej - przebywał w obozie jeńców wojennych w Starobielsku. W kwietniu 1940 r. został strzałem w tył głowy zamordowany w Charkowie, gdzie do dziś dnia spoczywa w zbiorowej mogile. Zbliżają się te straszne miesiące, a wraz z nimi powracają wspomnienia - nigdy nie zapomniane.
Tak, to już 66 lat temu, kiedy nić moich młodzieńczych marzeń i snów została brutalnie przerwana na zawsze! I tylko dzięki opiece Boga Ojca i Matki Boskiej Skępskiej - mojej patronki od lat gimnazjalnych, która prowadziła mnie przez Golgotę Sybiru i resztę mego życia, przeszedłem wiele nieszczęść i burz, przemierzyłem wiele granic, przejechałem wiele krajów, aby właśnie w nadchodzących tych strasznych rocznicach powrócić pamięcią i wspomnieniami raz jeszcze do miejsc, gdzie rozgrywały się akty mojego życia - Sybir i ZSRR!
Jest dzień 10 lutego 1940 r. O godzinie 5 rano do drzwi domu mego wuja w osadzie wojskowej Maczki Wołyńskie koło Łucka, u którego czasowo przebywaliśmy po ucieczce z własnego domu w osadzie wojskowej Poniatówka, powiat Zdołbunów, w nachalny, bezczelny sposób zaczęli walić uzbrojeni w karabiny milicjanci czerwoni i NKWD krzycząc: Dawaj odkrywaj dwiery, zdzieś NKWD!
Zerwana ze snu matka, wystraszona, płaczać - po kilku minutach otworzyła drzwi i wpuściła do domu “czerwonych łotrów”. “Dawaj sobieraj sia! Macie pół godziny, żeby być gotowym do wyjazu. Towarzysz Stalin i radziecka władza nakazała was wywieźć jako element niebezpieczny do Kraju Radzieckiego, gdzie wam niczego nie braknie - chleba i pracy u nas nie brakuje! Tow. Stalin, ojciec narodu, będzie się wami opiekował tak jak nami!”
Najmłodszy mój mały braciszek, obudzony - widział uzbrojonych milicjantów i NKWDzistów - darł się okropnie, nawet dziadek ani ciotka nie mogli go uspokoić. Milicjantowi Żydowi nie podobało się to, że stałem i patrzyłem jak on i jego wspólnicy napadu robili porządki w naszym domu - rozkazywali co mamy brać i spieszyć się, bo czas do wyjazdu nadchodzi, więc otrzymałem kopniaka w tylką część mojego ciała i zatrzymałem się na dużym koszu, którego NKWD-zista nie pozwolił wziąć.
Tymczasem na dworze w tym czasie kiedy szykowaliśmy się do wyjścia z domu szalała zima stulecia - mróz dochodził do 40 st. Celsjusza poniżej zera! A drzewa owocowe pękały jak zapałki. Po kolei wyprowadzali nas z domu i kazali siadać na sanie, które już czekały przed domem, zaprzężone w nasze własne konie, którymi przyjechaliśmy, a raczej uciekliśmy z domu w Poniatówce. Dwie piękne klacze, Mura i Mucha odwiozły nas w ostatnią “drogę” na stację kolejową, było to bardzo przykre pożegnanie, wszyscy płakaliśmy!
Na głównej drodze do Radomyśla stały już załadowane sanie - rodzina Pelca i rodzina Reczka. Na sąsiedniej osadzie po drugiej stronie drogi - nie było nikogo, płk. St. Maczek służył zawodowo w Wojsku Polskim, a dzierżawca por. Bator nie był na działce - załadowani na sanie dołączyliśmy do kolumny, która ruszyła w drogę i kierowała się na stację Nieswicz, gdzie nas załadowano do cuchnących wagonów bydlęcych. I tu właśnie w tym miejscu i tym czasie odebrano nam, Polakom, ostatnią odrobinę godności ludzkiej, co nam pozostała!
Na środku wagonu stała żelazna, okrągła “pieczka” - w rogu wagonu wycięa była dziura w podłodze - zasłonięta workiem jako “sowiecki parawan”, a była to “łazienka”, którą Sowieci ofiarowali Polakom opuszczającym przemocą swoją ziemię rodzinną. Bolszewicy bardziej Polaków, którzy wydzierali ostatnią piędź ziemi nie mogli poniżyć, jak wsadzić do bydlęcych, cuchnących wagonów! W wagonie naszym było 70 ludzi, nasza rodzina dostała się na prycze z desek, gdzie leżeliśmy jak “śledzie w beczce”, bo miejsce było bardzo ograniczone, przy każdej wędrówce do tej “luksusowej łazienki” trzeba się było okropnie przepychać, żeby tam dobrnąć na czas, niektórzy nie zdążali, zapachy były gorsze jak w świńskim chlewie. Ale to wszystko trzeba było znosić z pokorą, bez skarg i protestów. Wiele wylano w tych wagonach łez, wiele wycierpiano bólów, niedostatku, poniżeni godności ludzkiej, głodu i chłodu.
Kiedy pędzące długie pociągi od 70-80-90 wagonów a nieraz więcej stawały od czasu do czsu aby dostarczyć “kipiatku” - chleba lub resztek kaszy z koszar Czerwonej Armii, a przy okazji otwarcia drzwi wyrzucano zmarłe już dzieci lub starców!
Po 8 tygodniach tej wymuszonej pod strażą oddziałów konwojowych NKWD wędrówki stłozeni w oblodzonych, śmierdzących, bydlęcych wagonach, wygłodzeni, zmarznięci, na wpół żywi, dotarliśmy do celu naszej podróży, gdzie miała się zakończyć tragedia naszego życia. Była to stacja kolejowa - nazwana “końcem świata”, Kotłas. Tak, była to końcowa stacja na północy Sybiru, gdzie dochodziły pociągi, przywożące więźniów, zesłańców, jeńców. Tu się kończyły tory kolejowe, stąd już cały transport polegał na małych syberyjskich koniach i saniach. Z Kotłasa polscy jeńcy zbudowali pierwszą kolej, łączącą największe zagłębie węglowe na świecie Workutę z Kotłasem - Workutstroj, czyli linia kolejowa z Kotłasu do Workotu, jest wielkim wyczynem polskich jeńców (wojskowych) wojennych, wziętych do niewoli przez bolszewików, z których kilkanaście tysięcy oddało tam życie, gdzie pod każdym podkładem kolejowym leży kilka ciał zamordowanych przez wiernych sowieckich sprzymierzeńców - głód, chłód, choroby, które dziesiątkowały opadających z sił tych dziś zapomnianych bohaterów! W Kotłasie załadowano nas na sanie, ciągnięte przez nędzne syberyjskie koniki. Tubylcy z niepewnością oglądali jak przybysze z innego świata ładowali się na sanie - było ich tak wiele, a miejsca na saniach tak mało, szybko tę sprawę rozwiązał NKWD-zista, kazał młodym chłopcom i dziewczętom lecieć za saniami na zmianę. Ja z bratem brnęliśmy po kolana w śniegu - i prawie na wpół żywi od czasu do czasu wieszaliśmy się na płozach sań, aby odpocząć. Kiedy kolumna zatrzymała się na krótki czas, ledwo już dawaliśmy znaki życia.
Następnym przystankiem była bardzo mała wioska z kilkoma chatkami kołchozników - tu też był nasz nocleg w jakichs budach, rzekomo w szkole, gdzie dostaliśmy “kipiatok”, pajdę chleba i zupy z suszonej słonej ryby, zwanej trieską!
Korytem rzeki Wyczygdy dotarliśmy po dwóch dniach do Słobodczykowa, większa wioska, a stamtąd po całym dniu podróży wśród leśnych drożynek podczas zawiei śnieżnej i silnego mrozu dobrnęliśmy do posiołka Lednia - wyznaczonego przez NKWD na miejsce naszego zamieszkania i pracy w nieprzebranych syberyjskich lasach.
Posiołek składał się z kilkunastu drewnianych baraków zbudowanych w latach represji stalinowskiej przez dońskich Kozaków buntowników systemu, a po tym po ich śmierci głodowej “nadwołżańskich” Niemców, których Stalin tu przywiózł. Dońscy Kozacy mieszkali też w barakach na wzgórzu, na północ od posiołka, gdzie omówili pójścia do pracy przy wyrębie lasów i wszyscy jak jeden wymarli z głodu, puste baraki i cmentarzysko są postrachem przybyłych nowych ofiar stalinizmu! Na tym cmentarzysku bez krzyży spoczywają prochy mojego dziadka - a dwie moje ciotki, ofiary Sybiru, spoczywają w innych miejscach kaźni bo z Ledni zostały wysłane za to, że nie chodziły do pracy, a żyły życiem polskich burżujów. Niech im syberyjskie tajgi będą wiecznym miejscem spoczynku w spokoju bożym, niech ojczyzna kochana, z której przemocą zostali wywiezieni śni im się po wsze czasy!
Komendant posiołka “sowiecki bohatr” z fińskiej wojny, pułkownik NKWD, przywitał nas słowami: “Dawaj wygrużajsia, to jest miejsce, gdzie będziecie żyć i pracować i tu będziecie “podychać” - w Sowieckim Sojuzie kto nie rabotajet, tot nie kuszajet”, a jak nie kuszajet, tak podychajet jak ci Kozacy dońscy tamna górce, co nie chcieli słuchać ojca Stalina - nie poszli do pracy, musieli podychać! U nas chleba nie brakuje, jeżeli będziecie pracować, dostaniecie 800 gramów chleba na dzień. A tym co nie będą pracować należy się tylko 200 gramów - paniatno? NKWDzista wskazał nam w jakim baraku mamy zamieszkać. Przydzielano barak dla 3 rodzin. W baraku zamiast mebli były drewniane prycze zbite z desek i jeden piec - stół i ławki.
Nazajutrz rano zwołano wszystkich oprócz małych dzieci, nawet kilkunastuletnich podrostków, którzy musieli się też zgłosić do pracy przy wyrębie lasów. Gospodarz posiołka wydał narzędzia do pracy - siekiery i piły, podzielił na brygady i tak się rozpoczął pierwszy dzień na gościnnej ziemi ojca narodów. Trudno jest wyobrazić i zrozumieć co się przewijało w głowach tych nie zaprzyjaźnionych ze Stalinem ludzi, których tu przywieziono - jedni płakali, drudzy kiwali głowami, a jeszcze inni prosili Boga Wszechmogącego o zmiłowanie, o opiekę i zbawienie z tego piekła na ziemi. W końcu zrozumieliśmy, że miejsce gdzie nas kochany towarzysz Stalin kazał gościnnie przywieźć w obronie przed polskimi prawami, jest miejscem systematycznej, ale pewnej zagłady wyznaczonej na kilka lat! Bo tyle miało zająć czasu zagłodzenie i zrujnowanie fizycznego zdrowia ciężką pracą - zrozumieliśmy, że stąd nie ma powrotu. Następnego dnia komendant posiołka dość niezadowolony, zebrał przed pójściem do pracy “lesorubów” i oświadczył im, że odciąganie i spóźnanie się do pracy podlega karze. “Prohuł” czyli jedno spóźnienie do pracy 15 minut nakazuje odciągnięcie od zarobku 25%, a 3 takie spóźnienia “proguły” to sąd rejonowy i sześć miesięcy karnego łagru. Za niszczenie narzędzi, własności państwa i narodu sowieckiego, kara więzienia.
Były to więc najsroższe ostrzeżenia i przestrogi dla wszystkich, których tu przywieziono, a którzy podlegali już stopniowemu, ale pewnemu morderstwu na czas - tylko głodem, chłodem i ciężką pracą, bez wydania jednej kopiejki na naboje, widoczne narzędzie zbrodni.
W rodzinie mojej “lesorobem” została matka, która zdążyła zabać ze sobą na Sybir, odziedziczone oficerskie buty mojego ojca, i z siekierą i piłą, które zafasowała od bolszewikó - za które oczywiście musiała się podpisać. Tak uzbrojona wyglądała jak przysłowiowy “kot w butacfh” w tak wysokich butach na stosunkowo małych nogach było jej bardzo ciężko się poruszać, więc kiedy kolumna “lesorubów” ruszyła do lasu do pracy, ta biedaczka nie nadążając za nią ledwo się wlokła z tyłu, powodując śmiech obserwującego swoich podwładnych komendanta posiołka, piegowatego płk. NKWD - bohatera ZSRR. Z nieba z politowaniem i wielką obrazą patrzył na to Bóg - patrzył i dodawał im otuchy i sił do przetrwania, a oni trwali, męczeni i gnębieni bezlitośnie - szli wciąż do tej nieludzkiej nagonki, szli niepokonani, bo wierzyli, że przyjdzie dzień, kiedy Bóg powie dosyć! Jesteście wolni! I ci, którzy w to wierzyli, mogli przetwać i ci przetrwali tylko dzięki Tobie, Stwórco tego świata!
Po kilku dniach komendant w nocy wezwał mnie przez NKWD-zistę do komendantury, gdzie przez kilka godzin przepytywał mnie przy naftowej lampie, co się dzieje na posiołku? Kto nie chodzi do pracy? Dlaczego mój dziadek nie pracuje, dlaczego ja też nie pracuję - miałem 15 lat, a dziadek 75, więc odpowiedziałem, że ja jestem za młody do pracy, a dziadek za stary i chory. “U nas niet mołodych ili starych. W sowieckiej ojczyźnie wszyscy muszą pracować i ty polski burżuju, i twój dziaek. Jutro do pracy albo do łagru, poniatno?” “Charaszo, towarzysz kamiendant” - odrzekłem trzęsąc się ze strachu. A ten wściekły do mnie: “Ty polska świnio, jaki ja tobie towarzysz! Jestem pułkownikiem NKWD, komendantem posiołka! Panimajesz?”. Po chwili zaczął mnie pytać na nowo: “A może mnie powiesz, gdzie jest twój ojciec, polski oficer, który służył u Piłsudskigo? Da, da, my wiemy wszystko” - mówił prędko, darł się jak szalony. Odpowiedziałem, trzęsąc się jak galareta: “Nie znaju!”. Takie spotkania trwały kilka tygodni, aż któregośdnia pijany komendant zawołał mnie do siebie znowu. Był wściekły, latał z końca pokoju do końca i od razu zaczął brać mnie na krzyk! “Nu czto rabotajesz?” Odpowiedziałem szybko, że tak, jestem “kleimszczykiem” - znaczę podzielone kawałki zwalonych drzew. - Charaszo! - wykrzyknął. - “Będziesz stachanowcem! Nie chcesz powiedzieć, gdzie jest twój ojciec, my go znajdziemy, żeby nie wiem co. My wiemy, że na pewno uciekł do Rumunii, ale i tam go dosięgnie sowiecka sprawiedliwość.” Po tym dużo łagodniejszym głosem - “a czy ty nie chciałbyś być oficerem jak twój ojciec? Tylko nie w polskim wojsku - bo Polszy niet, w naszej niezwyciężonej Czerwonej Armii, która nigdy nie utonie nawet w wodzie, ani się nie spali w ogniu! Rozumiesz? Poszlemy ciebie do wojskowej sowieckiej szkoły, będziesz sowieckim oficerem, jak ja! A może nawet i generałem, panimajesz, czy nie? Nu czto?”Złapał mnie za ramię i potrząsnął mna silnie! Drżąco odpowiedziałem krótko: “Niet!” To wprawiło NKWD-zistę w szaloną złość i znowu zaczął się drzeć: “Ty durak! Ty polskij durak! Takiego szczęścia nie będziesz już miał w życiu nigdy! Ale nauczymy ciebie pracować w pocie czoła, zamiast wody będzisz pił swój własny pot! Ty polska sobako! Ty głupi polski burzuju! Będziesz lesorubem tak długo, jak padochniesz. Jutro zawiozą ciebie na Oziernoje, gdzie Polaczków uczą pracować. Uchadzi! Ty sobako!” i wypchnął mnie za drzwi.
Dziękując Bogu, że już nie widzę i nie słyszę tego ohydnego szubrawcy, łotra, szybko opuściłem komendanturę i skierowałem się do baraku! Świeciła polarna zorza. Była mroźna, straszna syberyjska noc. Położyłem się na ziemi w moim barłogu, do rana nie zmrużyłem oczu - trząsłem się z zimna jak galareta - w baraku na ziemi był szron!
O świcie do baraku zapukał NKWDzista z woźnicą. Wsadzili mnie na sanie i powieźli tam, gdzie mieli mnie uczyć pracować - Oziernoje, karny posiołek dla młodych, burżuazyjnych chuliganów, jak mawiał piegowaty komendant, bohater ZSRR, posiołka Lednia.
Tam dostałem pracę jako “wozczyk” - woźnica. Koniem odwoziłem drzewo z wyrąbowiska na “katiuszcze”, składnicę, skąd “stakadą”, jednotorową kolejką na olbrzymich słupach i balach wywożono je nad rzekę Wyczygdę do Słobodczykowa. Należałem do brygady Kuzniecowa - “stachanowca, carskiego oficera, który już odsiedział karę w łagrze i tam nie zdołali go bolszewicy wykończyć w odpowiednim czasie - miał dodatek nadzwyczajny: 25 lat “zapretnej zony” - co oznaczało, że przez 25 lat nie może, jako niebezpieczny osobnik dla sowieckiego państwa, opuścić Sybiru!
Kuźniecow za pasem nosił małą siekierkę i nieraz ją wyciągał, kiedy komendant tego posiołka wchodził mu w drogę. “Dziesiętnikiem” czyli formenem był Jaszka - nadwołżański młody Niemiec, który po uwolnieniu Polaków z niewoli, uciekł z nimi, zdobywszy “udostawirenie” i wstąpił do polskiego wojska. Mając to zwolnienie z łagrów, mówił dobrze po polsku, co mu pomogło wydostać się z “domu niewoli” - widziano go w Iraku i Palestynie już w polskim mundurze.
W tę tragiczną 66 rocznicę - tak bolesną i wciąż niezapomnianą, nawet na ziemi amerykańskiej, przypominam sobie współtowarzyszy wygnania z posiołka Oziernoje - gdzie strumieniami płynął pot polskich zesłańców Sybiru. A oni go spijali - jak przyrzekł komendant, bohater sowieckiej ojczyzny, piegowaty pułkownik NKWD! Nikt z moich towarzyszy niedoli nie zapomniał tej brawurowej dzielnej Polski, bo i te też pracowały w Oziernoje - Janki Delmanowicz, ktora o godzinie 5.30 rano pędziła na swoim koniu, czarnym ogierze “Kowalu” do pracy. Rugała w okropny sposób bolszewików, nawet NKWDzistów, niejednemu napluła w twarz, a ulubionym jej powiedzonkiem było nazywać ich - “ty ruska bladź - słobody nie znajesz...”. Była wozczykiem, woziła drzewo na skład! Sama je zwalała z sani i wołokusz, a Jaszka często dopisywał jej parę “piłowoczników” więcej.
Wspomnienia moje w tym dniu nie byłyby kompletne gdybym nie wspomniał o moim dobrodzieju, któremu zawdzięczam to, że przeżyłem te tak trudne dni mego życia, z dala od kochanej ojczyzny, z której siłą mnie zawieziono w dziką syberyjską tajgę i tam kazano i głodzie i chłodzie i ciężkiej pracy pokutować za to tylko, że byłem Polakiem, wrogiem narodu sowieckiego, jak oskarżał nas Stalin! Tym dobrodziejem był dziadek “koniuch”, wnuk polskiego powstańca, zesłańca Sybiru, który codziennie dawał mi kubeczek koziego mleka! “Dzieduszka” miał 2 kozy, które trzymał razem z końmi, którymi się opiekował, on też odbył karę łagru i dostał25 lat zapretnej zony - komendant posiołka zezwolił trzymać kozy, bo dzieduszka był słabego zdrowia, a “wraczka”, lekarka, która czasami zjawiała się na posiołku, zaleciła mu pić kozie mleko. On też nieraz podał mi “pajkę” chleba, która dla mnie była zbawieniem. W tym dniu właśnie proszę Stwórcę tego świata o wieczne spoczywanie dla niego w spokoju po wsze czasy! Był on też ofiarą terroru stalinowskiego, jak my Polacy przybyli nie z własnej woli na tę nieludzką ziemię.
Gdy nadeszła wiosna - lód na rzece Wyczygdzie stajał, rozpoczęto tak zwany spław. Olbrzymie stosy złożonego drzewa wzdłuż brzegu rzeki Wyczygdy, a ciągnęły się one kilometrami - wrzucano do wody i przez bardzo silny prąd tej 1-kilometra szerokości rzeki, porywane i niesione z prądem do rzeki Dwiny, a z nią do Morza Białego.
Specjaliści od tego fachu spychają tylko jedną kłodę do wody i reszta, jedna za drugą wpadają do wody. Prąd je porywa i niesie w dal. Specjaliści też pilnują aby wpadające kłody do rzeki nie tworzyły “zatorów” - to jest największa bolączka “spławu” - stworzony zator robi się w minutach olbrzymim zatorem, który zatrzymuje wszystko co ten bardzo silny, nie do opisania prąd rzeki niesie - wtedy przychodzą saperzy, specjaliści od zatorów i rozsadzają je dynamitem! Przez pewien czas z braku ludzi byłem odkomenderowany do Słobodczykowa na taki właśnie spław. Z powodu braku mego doświadczenia nie obyło się bez wypadku. Pracowałem przy “rozsuwaniu” małych zatoró, które tworzyły się bardzo łatwo. Zadaniem naszym było niedopuszczać w żadnym wypadku do zatoru, trzeba więc za pomocą bosaków, to czego strażacy używali do rozrywania części budynków drewnianych, kiedy nastąpił pożar, trzeba było bezustannie skakać z kłody na kłodę i nie dopuszczać do zderzeń - kierować w pustą przestrzeń.
Z czasem nabierałem doświadczenia i korzystałem z doświadczeń, z którymi pracowałem. Pewnego razu poślizgnąłem się skacząc z kłody na kłodę i wpadłem do rzeki - dzięki Bogu stał przy mnie tubylec spławczyk, specjalista i bosakiem wyciągnął mnie na grzeg. Kilku bardzo doświadczonych spławczyków co roku traciło życie w wodach tej na warunki polskie olbrzymiej, śmiercionośnej rzeki!
Dziwnym zbiegiem okoliczności wieczorami kiedy odpoczywaliśmy, widziałem na drugiej stronie tej na jeden kilometr szerokiej rzeki - dziesiątki zapalonych ognisk - to właśnie polscy jeńcy wojenni budowali pierwzą kolej łączącą Kotłas z największym zagłębiem węglowym świata - Workutą, tak zwany Workutstroj. Di dziś dnia w pamięci mojej pozostał ten akt eksterminacji narodu polskiego - akt gdzie dobijano wziętych do niewoli polskich jeńców wojennych.
Kiedy “plaze” Słobodczykowa opusztoszały, kiedy ani jedna kłoda nie pozostała na “birzy”, wróciłem na Oziernoje do moich syberyjskich koników - Biełi i Ryżki. Dzieduszka - koniuch był bardzo zadowolny, bo znowu miał z kim szeptem w stajni porozmawiać po polsku. Kiedy zobaczył mnie powracającego w oczach jego ukazały się łzy. A staruszek wyszeptał: Lońka, myślałem, że już nigdy nie będę mówił po polsku, życie wraca do mnie! Przywitał mnie szklanką, a raczej kubeczkiem drewnianym, które sam dłubał - mlekiem. W oczach moich ukazały się łzy - dowiedziałem się, że mój dziadek został powołany do Królestwa Ojca naszego Stwórcy tego śwaita i w ten sposób zakończył w tajdze Sybiru swoje ziemskie życie.
Dnia 13 sierpnia 1941 r. z woli Boga w życiu zesłańców Sybiru i tych, którzy wypełniali łagry sowieckie i więzienia - Polaków, nastąpiły wielkie zmiany. W dniu tym nastąpiła amnestia dla Polaków. Po otrzymaniu tak zwanego “udostawierenia” - dowodu zwolnienia z posiołków, łagrów i więzień, szybko ruszyłem do Słobotczykowa, a stamtąd ostatnim statkiem, który odchodził do Kotłasu i w głąb Rosji, na południe, na Wschód, bez grosza przy duszy, bez kawałka chleba. Brat mój, kóry też był w Oziernoj “zwalszczykiem - lesorubem” był też przywalony spadającym olbrzymim świerkiem, wypadek ten odleżał w sowieckim szpitalu, wymknął się wraz z kolegą z posiołka, tak, że go więcej nie widziałem, a podróż do Uzbekistanu i po innych częściach sowieckiego raju odbywałem sam!
Po kilku miesiącach od Bajkału przez Amu Darię dotarłem do Uzbekistanu, do Kaganu, a potem do Buchary, gdzie po ciężkiej chorobie obustronnego zapalnia płuc, cudem dzięki Bogu i Matce Boskiej Skępskiej oraz psiemu smalcu, dotarłem do miejsca, gdzie tworzyła się Polska Armia w ZSRR - Kermine. Stąd już jako żołnierz, wciaż w cywilnych łachach, wyjechałem do Krasnowodzka, przez Morze Kaspijskie do Pachlewi w Persji, a stamtąd po kilkunastu dniach przez olbrzymie pasmo górskie - olbrzymimi autobusami wojskowymi do Teheranu. Kierowcami byli Hidusi, którzy słynęłi z tego, że są specjalistami w jeździe góskiej ponad olbrzymimi wąwozami. Byłem też świadkiem wraz z dziesiątkami innych żołnierzy, jak jeden z tych autobusów stoczył się w bezdenną przepaść, po osunięciu się jezdni na głębokim zakręcie. Kolumna kontynuowała marszrutę dalej, jak gdyby nigdy nic się nie stało. W Teheranie otrzymałem mundur i przydział do oddziałów wyznaczonych na uzupełnienie lotnictwa i marynarki w Anglii.
Widmo Sybiru wciąż mnie nie opuszczało przez długi czas - Oziernoje. Często w snach przypominało się, ze swoimi zdobyczami techniki - bania, woszobojka, ławoczka, gdzie wydawano chleb, a raz w miesiącu przywozili jak Kuzniecow nazywał, święconą wodę życia, odikałon - wodę kolońską, a inteligencja sowiecka nazywała “duchy”. Ponieważ wódki nie było, to dla Kuzniecowa była ona cudownym lekarstwem na głowę, po kilku buteleczkach świat się jemu zaczynał kręcić, zaczynał tańczyć hupaka, a robił to bardzo śmiesznie ku pociesze brygady. Cieszyłem się niezmiernie, że uszedłem pladze wszy i pluskiew, które w nocy spadały z pułapu wypchanego mchem na mój barłóg i gryzły niemiłosiernie - wypijając resztki mojej krwi. Automatycznie zaczynałem się drapać, zapominając, ze to tylko już sen!
Po kilku tygodniach przez Persję, Transjordanię, Palestynę, Kanał Sueski - dotarłem z grupą, transportami i statkiem do Południowej Afryki, do portu Durban, a następnie pociągiem do obozu wojskowego armii angielskiej Pietermaritzburg - tu przez kilka miesięcy przechodziłem “okres rekruta”. Z Captown wypłynęliśmy na statku Cercassia do Sierra Leone w Zachodniej Afryce. Konwój miał 21 statków, stamtąd przez Ocean Atlantycki wzdłuż brzegów Ameryki, a po tym Grenlandii, po kilkunstu dniach dotarliśmy do brzegów Szkocji, do portu “Kirkaldy”. Przeżyliśmy kilka ataków łodzi podwodnych niemieckich U-boats, ale szczęśliwie statek był załadowany nie tylko wojskiej polskim, jako eskortą, ale wiózł kilka tysięcy jeńców niemieckich i włoskich, wziętych przez Anglików do niewoli w Libii. W Szkocji zostałem przydzielony do tworzącej się I Polskiej Dywizji Pancernej gen. St. Maczka. Dziwnym zbiegiem okoliczności jak już wspomniałem z osady wojskowej Maczki Wołyńskie zostałem wywieziony na Sybir, gdzie swoją osadę miał właśnie płk. St. Maczek, dowódca 10 Brygady Kawalerii Pancernej w 1939 r. , w który był twórcą i dowódcą I Polskiej Dywizji Pancernej w Anglii, w której miałem zaszczyt i honor służyć 5 lat. Z nią to przeszedłem w 2 pułku pancernym w 10 Brygadzie Kawalerii Pancernej, cały szlak bojowy od Cean do Normandii do Wilhelmshawen. Przez 2 lata miałem zaszczyt pełnić służbę w pierwszym polskim okupującym Niemcy hitlerowskie oddziale, przez okres ten nieśliśmy pomoc polskim uchodźcom wywiezionym na przymusowe prace do Niemiec.
12 kwietnia 1945 r. był jednym z najszczęśliwszych dni w moim życiu. W dniu tym, wraz z 10 szaleńcami z 2 Pułku Pancernego ze szwadronu dowodzenia w swojej pogoni za Niemcami zdobyliśmy obóz koncentracyjny Stalag VIc Oberlangen, pierwszy obóz w świecie jeńców wojennych kobiet. Tu Niemcy więzili i torturowali je kopaniem torfu w bagnach okolicznych. W obozie znajdowało się 1728 kobiet jeńców wojennych, obrońców stolicy podczas Powstania Warszawskiego w 1944 r. Poza tym uwolniliśmy 9 dzieci urodzonych w tym obozie.
Kiedy okazało się, że I Polska Dywizja Pancerna nie może powrócić z bronią w ręku do Polski po skończonej wojnie i spełnieniu zadania okupacyjnego, została z Niemiec wycofana do Anglii, zdemobilizowana i rozwiązana. Nie chcąc wracać do Anglii zdemobilizowałem się w Niemczech i wyemigrowałem do Francji, gdzie przepracowałem 10 lat w kopalni węgla - w jednej z najbardziej nowoczesnych w Europie - mieszczącej się w polskiej kolonii Marles Les Mine.
Założyłem rodzinę, z którą w 1956 r. wyjechałem do USA jako legalny emigrant. Tu do dziś dzięki Stwórcy Najwyższemu i mojej patronce Matce Boskiej Skępskiej wciąż mieszkam jako już emeryt, zesłaniec Sybiru, weteran IIwojny światowej. Wspomnienia te przynoszą wciąż ból i wielką nienawiść do tych morderców, grabieżców mojej ziemi, mojego domu - mojego i mojej rodziny szczęścia, które prysło jak mydlana bańka, kiedy hordy bolszewików dnia 17 września 1939 roku przekroczyły granice szczęśćia, spokojnego życia, granice II RP.
Kończąc te krótkie, choć niezmiernie przykre i bolesne wspomnienia mogę stanowczo stwierdzić, że pobożne życzenia piegowatego komendanta NKWD posiołka Lednia anie Oziernoje, nai szeroka “birza” Słobodczykowa gdzie prawie mogłem zakończyć żywot w zatorze kłód, płynących na rzeczy Wyczygdzie podczas pracy na spławie, niczego mnie nie nauczyły, niczego innego jak nienawidzieć wszystko, co bolszewickie, gardzić każdym czerwonym barbarzyńcą, czuć wstęt do tych sowieckich hunnów, ludzi bez dusz i sumienia, brzydzić się przeklętą komuną, która dzięki Stwórcy Najwyższemu i Matce Najświętszej, za co jestem im wdzięczny do grobowej deski - zdechła za nim ja, przeklęty przez nich zesłaniec Sybiru to uczynię. Raz jeszcze dziękuję Bogu Ojcu, Stwórcy tego świata, że ochronił mnie i nie zostałem jedną z ofiar 60-milionowej masakry dokonanej przez czerwonych oprawców, zbirów, najeźdźców, w tym największym więzieniu świata bez drzwi, okien i dachu. Oby do końca świata już nigdy żaden Polak nie znalazł się na tej nędznej, nieludzkiej ziemi, gdzie rządzi czerwona zaraza, głód, chłód i nędza, gdzie prawda i sprawiedliwość została zamordowana w raz z 2 milionami niewinnych ludzi, gdzie Boga wypędzono z domów i dusz ludzkich, gdzie zamknięto kościoły, klasztory i cerkwie, gdzie ateizm zapanował nad zniewolonym biednym narodem, gdzie krzyż, znak cierpienia i naszej wiary, zamieniono na czerwoną gwiazdę z sierpem i młotem, odznakę czerwonej zarazy - obłudy i kłamstwa, przemocy i terroru!
Jeśli chodzi o ojca mojego, za którego piegowaty NKWDzista, komendant posiołka Lednia maltretował mnie i groził przez wiele tygodni, i wreszcie nie mogąc nic wydobyć ze mnie, wysłał na naukę na posiołek karny Oziernoje, gdzie przez pewien czas byłem na karnej ekspedycji, która w kierunku oceanu wycinła metrowy pas szerokości na przyszłe “dzielanki” - działki wyrąbu lasu! Trwało to kilka letnich miesięcy, spało się na ziemi, na mchu, jadło się chleb i suchą rybę okropnie słoną, całe szczęście, ze całe połacie tych rejonów są pokryte rosnącymi borówkami, którymi się obżerałem, prowiant dowożono na koniach - jeden człowiek prowadził 4 konie, jeden za drugim - podróż trwała tydzień czasu - keidy zakończono ten projekt wróciliśmy do miejsca zakluczenia na posiołek Oziernoje - pogryziony w okrutny sposób przez olbrzymie komary - krwiopijcy, osłabiony, ledwo przeżyłem tę ekspedycję. Ojciec mój w tym czasie był jeszcze żywy, przebywał w obozie dla jeńców wojennych w Starobielsku, a nie uciekł z Piłsudskim do Rumunii jak twierdził stanowczo komendant Ledni.
W kwietniu 1940 roku w okrutny, bestialski sposób z premedytacją strzałem w tył głowy został zamordowany w Charkowie, gdzie do dziś dnia, ku wielkiej mojej rozpaczy i smutku wciąż spoczywa w tej samej mogile zbiorowej w Lesoparku w Piatichatkach pod Charkowem.
W czasie największego nasilenia w opanowaniu świata przez komunę, kiedy zdawało się, że hordy czerwonych hunnów zaleją świat, papież Jan Paweł II w obronie przed tą zarazą polecił świat Matce Boskiej Fatimskiej, która wraz z Bogiem Ojcem doprowadziła do haniebnego upadku tejże i do uwolnienia świata z sideł szatanów, za co Naród Polski jest winien głębokie wyrazy wdzięczności i podziękowania. W Polce bowiem zniknęły czerwone legitymacje klasy rządzącej, zamknięto tuby - głoszące dobrobyt komuny, Polska stała się krajem wolnym i niepodległym. Tragedią jest to, że zesłańcy Sybiru wciąż są w Polsce grupą obywateli najbardziej poszkodowaną przez najeźdźców. Niemcy wypłacili odszkodowania swoim ofiarom - za pracę w Niemczech. Zesłańcy Sybiru nie otrzymali jeszcze przysłowiowej kopiejki za swoje męczarnie, za swoją ciężką pracę katorżniczą w łagrach, na posiołkach w tajgach Sybiru, za utracony majątek, za utraconągodność, za utracone zdrowie.
Upływa już 66 lat od początku tej tragedii Narodu Polskiego, których ojczyzną były Ziemie Wschodnie II RP. Przerzedzone szeregi zesłańców Sybiru wciąż czekają na nie nadchodzącą sprawiedliwość, na zwrot zrabowanych posiadłości i majątków osobistych. Spadkobiercy Stalina i Berii - ludobójców, morderców Polaków - Rosyjska Federacja na czele z asem NKWD - prezydentem Putinem, wcale się do rozmów nawet nie garną i nie zamierzają wypłacać żadnych odszkodowań! Posunęli się tak daleko w swojej bezczelno ści w nachalnych kłamstwach, że twierdzą, że oni przecież dobrowolnie wyjeżdżali do Rosji Sowieckiej w poszukiwaniu dobrze płatnych prac i dobrobytu, z czego sowiecka ojczyzna słynęła - jak twierdzą spadkobiercy ZSRR płynął mlekiem i miodem, ale w nim brakowało chleba - zjadły go wszy i pluskwy, a bolszewicka bezczelność nie miała granic. Przekroczyła ją 17 września 1939 roku.
Wraz z 66 rocznicą pierwszej wywózki Polaków z Ziem Wschodnich II RP na Sybir - przypomnijmy światu i wielu jeszcze w Polsce, że najeźdźca na polskie ziemie przeprowadził aż 4 wywózki obywateli polskich na Sybir i dzikie stepy Kazachstanu, które nie uchodziły za lepsze od tajg Sybiru, i tak 10 lutego 1940 r. podczas pierwszej wywózki wywieziono na Sybir 220.000 osób. Drugą wywózkę zorganizowali bolszewicy 13 kwietnia 1940 r. w czasie, kiedy rozstrzeliwano polskich jeńców wojennych w trzech obozach w Katyniu, Twerze i Charkowie. Objęła ona 320.000 osób! Trzecia wywózka odbyła się na przełomie czerwca i lipca 1940 r. i objęła 240.000 osób i czwarta, ostatnia wywózka nastąpiła w czerwcu 1941 r. tuż przed wybuchem wojny niemiecio-bolszewickiej siegnęła 300.000 osób! Indywidualnych aresztowań: aresztowanych, skazanych często na śmierć lub pobyt w łagrach 200.000 - przymusowy pobór do Czerwonej Armii 210.000 osób, do przemysłu w kopalniach przymusowo skierowano 140.000 ludzi! W okresie 20 miesięcy rządów NKWD na zajętych przez bolszewików terenach Kresy straciły 1.700.000 ludzi. Poza tym kilkadziesiąt tysięcy ludzi wywożonych z ziem polskich do łagrów Workuty i Kołymy oraz 100 innych zginęło po drodze. Na zagarnięte, zrabowane ziemie II RP bolszewicy przesiedlili przymusowo około 2 miliony Rosjan, Ukraińców i Białorusinów! Zrabowana ziemia i majątek osobisty stał się ich własnością! Czy kiedyś powróci do Polski jak powróciły ziemie Litwy, Łotwy i Estonii? Czy Lwów, Łuck, Wilno - wrócą do macierzy? Jest to marzenie “ściętej głowy”. Ukraińcy oczekują, że ziemie Chełmińska i Lubelska wkrótce im przypadną! Niemcy są pewni, że wkrótce za mocą nowego kanclerza odzyskają “Ziemie Odzyskane”, które dla nich są ziemiami utraconymi.

Zesłaniec Sybiru
Leopold Terlicz-Witkowski

W czasie, kiedy piszę ten artykuł, te tak odległe tragiczne wspomnienia, Polskę nawiedziła wielka katastrofa. W Katowicach w czasie wielkiej wystawy gołębi pocztowych zawalił się dach budynku 100 m szerokości, 140 m długości. Zginęło 66 ludzi - 140 było rannych, szczytem kpin i bezczelności jest to, że jednym z pierwszych, który złożył na ręce prezydenta Polski kondolencje był wzruszony do głębi tą stratą, były pułkownik NKWD - KGB W. Putin.
Jest to nic innego jak szczyt kpin - wzruszyła go śmierć 66 Polaków - nie wzruszyło go i nie wzrusza morderstwo 22.000 polskich jeńców wojennych, zamordowanych w perfidny sposób z premedytacją przez NKWD, którego on jest wychowankiem, pułkownikiem - morderstwo, ludobójstwo, które do dziś nie zostało wyjaśnione, ten sam Putin ze wzruszonym sercem twierdzi dzisiaj bezczelnie w ohydny sposób, że 22.000 polskich jeńców wojennych w Katyniu, Twerze, Charkowie - Kijowie i Mińsku zamordowanych przez NKWD - nie było zbrodnią ludobójstwa, a zwyczajnym morderstwem, już dawno przedawnionym, a co gorsze nie zamierza oddać Polsce obiecane dokumenty, które znajdują się w sowieckich archiwach, obecnie te archiwa zostały utajnione przez specjalnie utworzoną komórkę Dumy, dostępu do nich nie mają prokuratura państwa ani prokuratura wojskowa, odtajnić je może prezydent Putin! I powinno go wzruszyć serce, żeby to zrobił teraz. I w ten sposób zakończyć kpiny z Narodu Polskiego.

L.W.