Pogoda

Radio Polonii 2000
Wietrzne Radio 1080am
GPDesigning.com

Hotel “pierwszej klasy”

Czas doprawdy zwariował - tak niedawno gościł u mnie młodszy syn, Grzegorz, tak niedawno, a było to miesiąc przed jedenastym września pamiętnego roku; przecież to już kilka lat. Człowiek zagoniony nawet nie zauważa przemijania, alb jak złośliwi mówią - szczęśliwi czasu nie liczą - zy jestem szczęśliwy? Myślę, że tak.
Dzieci już duże, a nawet mam już wnuka liczącego trzy i pół roku, a wkrótce urodzi się drugi, a może druga, więc czy tego nie można nazwać szczęściem! Obecnie goszczę starszego syna, Andrzeja, choć przyleciał na krótko, postaram się, żeby coś zobaczył i przeżył podobną przygodę, jak Grzegorz. Więc kilka temu wybraliśmy się z Grzesiem, wtedy jeszcze uczniem Liceum Ogólnokształcącego na wielkie wojaże po Ameryce. Była to wycieczka do Waszyngtonu, nad Niagarę, oczywiście Filadelfia i Nowy Jork, choć to jeszcze nie całe Stany, ale jak na początek - może być. Ruszyliśmy pięknym, jeszcze pachnącym nowością autokarem ze wszystkimi wygodami i wygódkami. Płynęło to cacko wypełnione po brzegi turystami niczym wodolot, pokonując liczne autostrady, wiara jeszcze dość spięta bo to dopiero początek znajomości. Tu i ówdzie słychać ciche rozmowy , a może i szepty, wszyscy grzeczni, nikt nikomu nie wadzi. Babcia z przodu zajada prawdziwy sernik od Górskiego, pani z prawej delikatnie maluje oko, nasi młodzi sąsiedzi rozwiązują krzyżówkę, a my rozglądamy się z synem po całym autobusie - to również jakaś forma wypoczynku. Przewodnik naszej wyprawy zaczyna zabawiać towarzystwo wtrącając dowcipy pomiędzy informacje, którymi nas zalewa nieustannie. Opowiada o miastach, do których zdążamy, o możnych tego świata i różnych bieżących ciekawostkach, czasami przekaże mikrofon kierowcy, który rozśmieszy jednym słowem połowę lub wszystkich podróżujących - on to ma gadane!
Nie głupi powiedział, że podróże kształcą, jest w tym wiele prawdy. Mknie nasz coraz weselszy autobus mijając poszczególne stany, zostawiając za sobą naszą codzienność, troski i masę obwiązków, które zostały w pracy, czy w domu. Jak mówią młodzi, człowiek musi się wyluzować, chwilowo zapomnieć o rachunkach za gaz, telefon, ratę za auto itp. Chociaż chwilowo żyć luzacko, zmienić otoczenie, nawyki, po prostu żyć inaczej. Zatrzymujemy się na posiłek - restauracja szybkiej obsługi, drętwe dania - nic polskiego, same amerykańskie “paplanki” - teraz już widać, że Polska skończyła się wraz z miastem Chicago. Zauważamy, że nie tylko my lubimy nasze znakomite dania, ludzie rozglądają się i na tym się kończy, zastanawiamy się z synem, jak ciężko będzie przeżyć kilka dni na słodkiej szynce lub innych dziwactwach - trudno, przyjemności kosztują!
Ruszamy w dalsza trasę bogatsi o doświadczenia, nieco bliżsi sobie, przynajmniej już wiemy, co kto lubi i czym się żywi - a to przybliża. Ci, co pojedli odpoczywają w ciszy, wylegując się na fotelach - a głodni dojadają skromne zapasy domowe. Autobus jak szalony mknie chcąc zdążyć na czas, panującą ciszę może jedynie przerwać nasz kierowca opowiadająć tzw. dowcip.

***

Dotarliśmy do stolicy, tam jako pierwszy zwiedzaliśmy cmentarz “Arlington”.

Zielone wzgórze murem oblane,
na którym rosną krzyże jak śnieg.
W wojskowym ładzie je powbijano -
one nadają historii bieg.

Bielutkie krzyże albo pomniki
jeden za drugim na baczność stoją.
Pod nimi leży kwiat Ameryki -
- za wolność moją i twoją.

Na szczycie wzgórza znicz zapalono
płomieniem niebiosa wzywa:
prezydent z dziećmi obok swej żony
a wokół nich krzyży przybywa.

Z różnych stron świata - Wietnam, Korea -
śmierć ciągnię nielitościwa.
Śmierć Ameryce młodość zabiera,
kosi jak zboże w żniwa.

Leżą żołnierze w rozdartym szyku,
matkom rozdarte serca zostały.
Tych kilka liter w białym pomniku
matczyne łzy zamazały.

Myślę, że powyższy wiersz, który napisałem kilka dni później, choć w małej części oddaje obraz smutnego miejsca, na którym leży tyle młodzieży. Podziwialiśmy wartę honorową podczas jej zmiany, a dzień wyjątkowo był upalny (jak w wierszu “Żołnierze z Westerplatte”) współczuliśmy tym biedakom zapiętym na ostatni guzik pod szyją. Widzieliśmy pogrzeb jeszcze jednego bohatera, który pewnie poległ na kolejnym froncie. Smutny jest Waszyngton, bo prócz wielu pomników trzech byłych prezydentów - wokół są same groby, to żołnierzy Korei, to ściana płączu z czterdziestomapięcioma tysiącami nazwisk z Wietnamu. Tam można zobaczyć historię wojen - wojen niekiedy o nic. Stolica przypomina twierdze: urzędy o grubych murach, wokół siedziby prezydenta, wielkie ogrodzenie z tytańskimi bramami, nawet ludzie szeptali; czego oni tak się boją - ale ludzie jak to ludzie - zawsze o czymś muszą mówić - twierdza to twierdza - mnie tam nic do tego. A jeśli chodzi o pomniki to każdy ma swoich znajomych - w Moskwie była moda na Leniny - a tutaj na Linkolny, wszędzie jest podobnie - jeśli nie tak samo. Po zwiedzeniu kapitoli i innych mekk, ualiśmy się w drogę dalszą w kierunku Filadelfii, po drodze zagościliśmy w niewielkim motelu. Było małe miasteczko jakich po drodze wiele, pomimo, że do nocy pozostało jeszcze sporo tutaj było, dość ciemno, jakiś inny klimat - czy co! Motel, jeżeli to coś było można motelem nazwać; położony był poniżej drogi z dość dużymi wybojami. Parking bez żadnych zabezpieczeń sięgał okien, tak, że zaufać można było tylko kierowcy lub dobrym hamulcom. Otrzymaliśmy klucz do wyznaczonego pokoju, który był o dziwo, niczego sobie, zamiast szyb w oknach pleksi, owszem, na wyposażeniu telewizor i telefon, (ludwik XIV), łoże standard, kącik z wieszakiem.
Zmęczeni podróżą udaliśmy się na toaletę wieczorną: wanna pochylona niczym gondola ledwo trzymająca się na koningu (oj, żeby nie ten wynalazek), wanna byłaby chyba w piwnicy. Krany wysokiej jakości, a ciśnienie łeb chciało urwać, resztę mydła wytarłem ręcznikiem i położyłem się na łóżku, uprzedzając syna jak ma się zachować w łazience by nie doszło do jakiegoś nieszczęścia - zachowując dużo rozwagi dotarł do mnie, kładąc się od strony okna. Szybko to sprostowałem mówiąć: kładź się od strony łazienki, bo jak by tak nie daj Boże, to ja swoje już przeżyłem. Długo tę Wenecję przeżywałem w snach, słyszałem jak podjeżdżają pod okno auta - muszę stwierdzić, że kierowcy w tym miasteczku jeżdżą nieźle, dzięki temu żyję. Nazajutrz zwiedzaliśmy Filadelfię - właściwie atrakcją był pęknięty dzwon, który ogłosił wolność i demokrację. Nasz coraz bardziej wesoły autobus ruszył do nowego Jorku, gdzie atrakcji było co niemiara. Ruszyliśmy do Statuy Wolności, bo stąd rytualnie zaczyna się zwiedzanie - jeszcze wtedy wolność była innym wymiarem, innym spojrzeniem na świat. Przepłynęliśmy niewielkim promem na Manhattan, gdzie mieszkali możni tego świata, gdzie bogactwo zapiera dech, gdzie gmachy sięgają nieba, które tam jest o wiele niżej.

Manhattan niczym olbrzymia łódź
oblany dokoła wodami -
tu rzeczywiście smak miasta czuć,
co tętni życiem dniami i nocami.

Cóż inne miasta równać by do tego?
Szerokie ulice i nad podziw gmachy -
Manhattan nie ma sobie równego,
Do chmur sięgają tu dachy.

Tu pępek ziemi i serce świata;
tu się zaczyna świat i tu kończy;
tu sięn ie chodzi, tutaj się lata;
tu się nie dzieli, lecz - łączy.

Na Manhattanie jest ulic wiele,
gdzie możni świata tego mieszkali.
Tu serce bije jak dzwon w kościele,
tu świat się buduje i tu świat się wali.

Nocami Bradway, muza muzikali,
błyska reklamami niczym gwiazd zasłoną.
Milion świateł nad tobą się pali;
tysiąc się zapala, kiedy jedno kona.

W tym olbrzymim zgiełku i ogromnym tłumie
trudno odnaleźć jest siebie samego.
Kto tutaj mieszka, ten wszystko rozumie
a przybysz nie pojmie niczego.

Mó skromny wiersz po części oddaje obraz tego marmurowego, dziwnego, a zarazem pięknego miasta, a może tylko jego centrum. Wieczorem podziwialiśmy wielkie reklamy, które porównać można by tylko do reklam w Las Vegas, kto był w Nowym Jorku przeżył to sam, kto nie był, musi zobaczyć to miasto na własne oczy, i koniecznie przenocować w “wenecji” śpiąc w łożu ryzyka. Powrotna droga była weselsza, poznaliśmy się bardziej, łączyły nas wspólne przeżycia, posileni polską żywnością w Nowym Jorku - wracaliśmy do naszego ukochanego Chicago - odwiedzając po drodze piękny wodospad Niagara. Ostatnią noc w podróży spędziliśmy w nieco lepszym, lebz bardzo podobnym moteliku, co prawda tej samej klasy, lecz wanntu mocowana była na stale do ściany i okno oddzielone było odbojnicą od parkingu, co powodowało znacznie lepszy sen. Nad Niagarą byłem już kilka razy, każdym razem wodospad postrzegam inny, każdym razem coś więcej widzę, zauważam, to cud natury nei do opisania. O wodospadzie napisałem kilka wierszy, wiele miejsca poświęciłem mu w mojej książce... i nie wódź nas na pokuszenie, oto fragment z tej książki:
“... My też podobni rzekom co płyną, różne przeszkody przed nami, czasem spokojnie życie nam płynie, na skały wpadamy czasami. Może wodospad na nas gdzieś czeka, o tym jak woda - nie wiemy. Nie znając losu, co dalej będzie, w miarę spokonie płyniemy. Często spadamy jako ta woda, gdy natrafiamy urwisko, czasami ludziom też się przydarzy, że opadają za nisko.
Czy potrafimy szybko się zbierać po tak wielkim upadku, jako te wody w zacisznym kątku, obserwowane ze statku?
Nie każdy chyba podniesie głowę, gdy go przygniotą ciężary. Czasem brakuje nam tej świętości i często brakuje nam wiary. Lubię powracać nad ten wodospad i obserwować przyrodę, patrzeć na drzewa, na te kamienie i godzinami na wodę. Tam jest cudownie o każdej porze, jest tam tyle uroku, wiele skojrzeń i mocnych wrażeń znajdziesz na każdym kroku. Gdy staniesz w środku owej podkowy, widzisz ten cud natury i wielkie wieże z windą zewnętrzną, wiozącą turystów do góry.
Jeszcze ładniejszy mają wodospad sąsiedzi po drugiej stronie, bo tam doprawdy woda tak skacze, jak tresowane konie. Jest potężniejszy i rozłożysty, i ładnie położony, z góry wygląda jak pół księżyca, albo jak pół korony. Z helikoptera można podziwiać, odkrywać piękno wciąż nowe, każdy chce widzieć z góry to cudo, chyba, że słabą ma głowę, wówczas z innego korzysta środka, na statek udaje się mały - nim płynie rzeką pod sam wodospad, gdzie wodą oblany jest cały. Kiedy do nurtu ściany się zbliża wielkiego bloku wodnego, tam widzi ogrom tego żywiołu, dostrzega siłę jego. Statek jak piórko tańczy na fali, woda jak bita śmietana, odpycha siłą małą skorupkę jak powódź kopkę siana. Turyści mają z plastiku płaszcze, jak mnichy na głowie kaptury, niby deszcz woda tu ciągle spada - leje jak z cebra z góry, moczy kamery i aparaty, świeże fryzury u dam, może przemoczyć coś jeszcze więcej, co doświadczyłem sam. Z góry czy z dołu, skąd byś nie patrzył, piękno odkrywasz wszędzie, co zobaczyłem chcę tu opisać, lecz bardzo trudne to będzie. Co stworzył człowiek można podziwiać, nawet z zachwytem czasami, lecz co natura lata rzeźbiła, nie można porównać z nami. Dla odważniejszych poniekąt ludzi jest przejście pod wodospadem, w próżni pomiędzy wodą a ścianą, gdzie bije wodnym gradem. Tu uszy cierpną od decybeli i serce mocniej bije, nogi dygocą, czoło się poci i ciężar spada na szyję. Ponadto szarość ciebie dobija, myśli się włóczą po głowie i domniemanie “co by tu było?” - niech każdy sobie dopowie. Trudno opisać wszystkie wrażenia, dokładnie to wytłumaczyć, trzeba to przeżyć, trzeba to dotknąć, na własne oczy zobaczyć. Tylko Mickiewicz mógłby opisać to piękno, ten cud natury, w jego poezji mógłbyśusłyszeć jak woda opada z góry, mógłbyś zobaczyć czytając strofy, krople rozsiane na niebie. On tylko umiał wszystko opisać i tak przybliżyć do siebie.
Ale dziś inne czasy nastały, w innej epoce żyjemy. Tak bardzo mało książek czytamy, a jeszcze mniej piszemy.

Tych kilka porównań może choć w części pozwoli przybliżyć ten niespotykany wodospad, kto nie był musi żałować i uwierzyć mi na słowo, że jest to piękne spotkanie z przyrodą, które każdy powinien zobaczyć. Jeszcze kilka spojrzeń na tę skroploną, rozdmuchaną wiatrem wodę, tę kolorową tańczącą ze słońcem tęczę i trzeba było się rozstać - bo co dobre szybko się kończy. Ruszył nasz wesoły autobus w kierunku domu, przed nami jeszcze bagatela sześćset mil, ale jak mówią - godzina jest wiekiem ze złym człowiekiem, a wiek godziną z piękną dziewczyną.
Piosenki rodem z Polski płynęły z głośników, jednych rozmarzając, innych usypiając, a autobus przedzierał sie przez gąszcz świateł pędzących aut. Atmosfera przypominała domową, kilka dni potrafi przybliżyć ludzi, złączyć w grupki - znaleźć wspólny język, przynajmniej tak stało się w wesołym autobusie.
Niektórzy nawet tańczyli przy porywającej muzyce - choć korytarz zdawał się zbyt ciasny - słowem było swojsko i wesoło.
Z przyjemnością wspominam tamtą wycieczkę, wesołych jej uczestników, kierowcę zabawiającego i tryskającego humorem, a nade wszystko marzy mi się bujająca gondola i ten “hotel pierwszej klasy”, bez którego cała wycieszka traciłaby sens, bo są atrakcje, o których trudno zapomnieć.

Władysław Panasiuk