Hejnał z Wieży Mariackiej
Opowiedz mi poeto o tym pięknym grodzie, namaluj swym piórem budowle i wieże - weź mnie za rękę i chodźmy spacerem, lecz najpierw w Mariackim pomódlmy się szczerze. Jak tu cicho i mroczno, dech w piersi zapiera - słychać oddech Stwosza i dłuta skrobanie, uczniowie Chrystusa patrzą ostrym wzrokiem na swego Pana, który zmartwychwstanie. Dzielą się chlebem, Pan kielich podnosi - smutne ich twarze, serca szyje trwoga, rzeźba jako żywa; patrzy i oddycha - od razu widać, że to dzieło Boga. Gwiazdy na sklepieniu srebrem pomazane rozdają promienie po całej świątyni, odbijają twarze na marmumu blacie i oświetlają Matkę Boską w szacie.
Twarz Jej spokojna jak wieczór majowy, wzrokiem dotyka każdego, więc Ją błagamy by nasze prośby zaniosła do Syna swego, by powiedziała o naszej doli i trudnym na ziemi bycie, że coraz więcej kłopotów wstaje z nami razem o świcie.
W bramie kościoła żebraka ręka żegna każdego człowieka, mięknie nam serce, litość ogarnia, sięgamy po sakiewkę bo kto raczy wiedzieć co jutro nas czeka, a wszystko przemawia za tym, że corab biedniej będzie się żyło, ponieważ przybywa bogaczy. Historia powtarzać się lubi, jak moda ciągle powraca, my nade wszystko wiemy co taka powrórka życiowa oznacza.
Tymczasem rynek serce Krakowa bije rytmicznie, a w Sukiennicach pełno turystów kupuje świątki, szklanki z napisem, po czym wychodzą, gapią się chwilę, znikają gdzieś w bocznych ulicach.
Mickiewicz swoją poezję czyta, więc nastawiają uszy ludziska - czy to są Dziady, ktoś tam zapyta - nie tu dokoła paniska.
Na płycie rynku gołębi roje i dzieci co ziarno im dają, przy Sukiennicach jacyś górale piosenki ludowe śpiewają, a ktoś przy studni cieniutkim smykiem ze skrzypek czardasze wyrywa. Kwiaciarki tańczą przy swych straganach - to jest codzienność prawdziwa.
A co godzinę z Mariackiej Wieży głos trąbki co hejnał głosi wypływa z okna; anioł go bierze - po całym Krakowie roznosi - echo powtarza go kilkakrotnie by nie umknęło nikomu - czy jesteś w sklepie, czy na ulicy, a nawet kiedy śpisz w domu. Bywa, że przybysz gołębie spłoszy, rynek pokryty cieniem skrzydlatym chwilę zamiera - zaraz się budzi, chmura gdzieś znika na gzymsach, dachach i znowu uśmiech na twarzach ludzi, gdyż chmura to sprawa błacha.
Pod Baranami jak zwykle wrzawa, wystaje rąbek krakowskiej kiecki, tańczą artyści aż mury trzeszczą, a na ich czele sam duch Skrzynecki. Ratusz choć widział nie takie dziwy, wytrzeszcza oczy z czerwonej cegły i obserwuje Kraków szczęśliwy, a ratusz w ocenie jest biegły. Czasem się gapi na drzwi Wierzynka, wszak ratusz ciekawski jak baba, wącha zapachy, cieknie mu ślinka, choć taki duży - istota słaba. Pod Jaszczurami studentów bractwo białymi zębami się chwali z przeciwnej strony w małej kawiarni światełko się krysztali, a przy stolikach niczym pisanki siedzą okrągłe na twarzy, sędziwe panie wciąż czekająće na chwilę, która się zdarzy. Bo tu w Krakowie może się zdarzyć wszystko w tej jednej dobie, więc każdy centuś liczy na wiele wciąż myśląc tylko o sobie.
A na Floriańskiej cuda i dziwy - tu mim bez ruchu godzinę stoi, tam stary Cygan siada na schodach i swoje skrzypce po pieśni stroi, zagra balladę aż serce ściśnie, sam Okudżawa by łzę uronił. Ktoś dużym fleszem po oczach błyśnie, chcąc na pamiątkę utrwalić grajka i mały stragan biednej kobiety, która cichaczem sprzedaje jajka. Nie cały Krakó bogactwem świeci, nie wszyscy ludzie żyją tak samo; jeden obrazy swoje sprzedaje, a drugi żebrze siedząc przed bramą. Rząd ustanowił dla ludzi prawa i emerytom zabrał, co mieli, to też dlatego w krakowskich bramach będą ludziska częściej siedzieli, będą czekali aż ktoś coś rzuci, będą cierpieli jak Pan na krzyżu, aż się ktoś znajdzie i ich wymłóci.. A jest ktoś taki zawsze w pobliżu co powie dość, co powie basta, a wtedy zadrżą wioski i miasta i znowu nowe pomniki runą, gdyż ma granicę ludzkości złość! Znów się narodzą piosenki nowe i myśl po głowie przeleci nowa, za Sikorowskim powtarzać będą - nie przenoście nam stolicy do Krakowa... Nie potrzeba nam cwaniaków i mądrali, mądrych ludzi dość mamy w tym mieście, a takich co wszystko by brali musimy się pozbyć nareszcie.
Idziemy dalej do Floriańskiej bramy, która obrazami pokryta jest cała, tu widać mądrość malarskiej braci, której jest rzesza tutaj nie mała. Tu pędzą konie po nieludzkim stepie, dalej chałupa ze słomianym dachem, wyżej kobieta w niebieskiej sukni z oczami co płoną strachem, tu na tej bramie dusza artysty i życie pędzlem namalowane, słychać pędzące po stepie konie i wodę zimną w potoku - malarz zostawił tu swoje serce i łzą malował, która tkwi w oku. Życie jest kruche jak miękka skała - któż je przedłuży - jedynie płótno, i bieg historii czasem zatrzyma i prawdę niekiedy okrutną. Historia sama ciśnie się w ramy, tyle jej tutaj na każdym kroku. Kraków pamięta odległe daty, naszego państwa upadki, wzloty, tutaj najwięcej historii mamy - przeto artysta w tym starym grozie świetnie się czuje, tutaj się pięknie sercem maluje. Tutaj powstają najlepsze wiersze, bo tutaj mówią dachy i ściany, i stare bramy szepcą o zmroku i księżyc tutaj chodzi nad miastem z łzą wirującą w oku. Duchy poetów Pod Baranami siedzą w rzędach na scenie i swoje wiersze śpiewają nocami - słuchaczy pełna sala, w tym zadumaniu w nieludzkiej ciszy duch jeden się oddala.
I ponoć słychać galop rumaka spod Barbakanu na same Błonie, kiedy to północ zegar wybije; schodzą z cokołu pomnika konie, pędzą na wypas gdzie bujne trawy, by zebrać siły - wrócić o świcie... Nawet Jagiełło pod płaszczem nocy sprowadza swego konia z pomnika, odwiedza Wawel, pędzi na Błonia i ktoś go widział na Łagiewnikach. Jedynie Lenin stał na cokole, nie schodził nigdy, pilnował Huty, nie miał rumaka, nie miął rowera, za to miał ciężkie ogromne buty i przyspawany był do pomnika. A z tego morał taki wynika, że nie ufano jemu ni deko - bo choć do kraju miał za daleko, to mógłby czmychnąć, choćby piechot - wtedy płacz ludu by go zatrzymał... Aż dnia któregoś znikł Ilicz z Huty, ktos na furmankę zabrał biedaka, ktoś mu odpalił palnikiem buty - nie ma Lenina nie ma cokoła, szlochają ludzie, szukają wszędzie, każdy ulica idzie i woła nie ma Lenina! co teraz będzie! Do dzisiaj w Hucie wielka żałoba, ludzie składają kwiaty na placu - a ten się ukrył na złomowisku leży wśród krzaków na materacu. To najważniejsze w mieście pomniki więc się należy chwilę uwagi na ten ostatni by ulżyć ludziom, by ich sprowadzić do równowagi.
Kraków pamięta wszelakie sławy, tu na Wawelu leżą ich szczątki wielcy Polacy, wielcy synowie odpoczywają w grobowej ciszy, a naród ciągle on ich pamięta i bicie serca ich slyszy. To dzięki sławom Kraków jest wielki choć nie od razu go zbudowano cegła do cegły, a brama do bramy tak powstawały w grodzie symbole, a teraz tyle symboli mamy, że trudno zliczyć, tak tu ich wiele. W Krakowie mnóstwo żaczek i żaków, i akademii bez miary, miasto młodości, miasto kultury, miasto kościołów i wiary.
Miato papieża, który już z Panem zajmuje wysokie niebiosa, On Krakó wsławił na całym świecie i miejsce Polski na ziemi, płaczemy po Nim wszycy rodacy i płacze na Błoniach rosa.
Szkoa, że zbrakło miejsca dla Niego wśród wielkich na Wawelu na jedną skromną drewnianą skrzynię, choć Wielki był to człowiek słyszałby Wisłę jak warto płynie jak ludziom łza smutku spod powiek.
Smutno na świecie bo Ojca nie ma, dzieci zostały same, Jego nauki żyją wśród nas i słowo Boże zostało, duch Ojca żyje i wielkie serce choć w Watykanie ciało.
Czy argumentów więcej potrzeba, że Kraków nad wszystkie miasta; był Kraków piękny, jest Kraków wielki i jeszcze Kraków wzrasta. I moje serce zostało w Grodzie i echo co z wiatrem się kłóci, u zbiegu krakowskich bram - zostałem i jestem tam.
Będę się cieszył, będę się smucił z krakowiakami społem i będę wiersze nocami czytał wciąż z podniesionym czołem, moi synowie się urodzili w tym pięknym wawelskim grodzie, czy za to wszystko nie można kochać i nazwać miastem moim?
Prowincja także pięknością błyska; te cudne pagórki i rzeki jak wstęgi i drogi kręte dzielące laski i pól różnorodne pręgi, niczym kobieta posiada wdzięki i pięknem ludzi zachwyca, więc rosną domy z czerwonej cegły pokryte blachą z zachodu i tak powiększa się okolica, powstają osiedla nowe.
Rosną ogrody i rosną dzieci wraz z tymi ogrodami, a w rzędach wizą jak spadochrony namalowane w kwiaty piękne jabłoni niskich korony tulące się do siebie. Tutaj powietrze jest takie czyste i wieczór z głuszącą ciszą, i żaby w pobliżu śpiewają, na niebie gwiazdy jaskrawe wiszą jak lampki na choince.
Ukradkiem księżyc do okien zerka i srebro tam zostawi i myje dachy po dniu upalnym by schłodzić je do zera i penetruje pobliski lasek, blask jego wszędzie dociera. Czasem Łuczyce przetnie na pół jak nożycami expres z Warszawy, i niczym w werble uderzy w szyny, pozostawiając stukot dla echa, a ono nie wiem z jakiej przyczyny powtarza chwile jak wynajęte...
Na pagórku położony pośród tęgich drzew sędziwych pajęczyną otoczony dworek stary zastygł w ciszy, w oknach mroczno, a w kominie szpaki rodzą się wciąż młode, gniją deski na powale, bo gont stary wpuścił wodę. Wewnątrz wiatr po ścianach hula zakłócając sen pająka za to nocą jakaś mara po komnatach wciąż się błąka, tu podobno co wieczora na klawiszach widać palce pani dworu w białej sukni gra wiedeńskie słynne walce. Wiatr porywa w tany drzewa, tańczą liście na alei, sowa łowy swe przerwała, zając schował się za krzak, a wiatr gwiżdże, a wiatr śpiewa - fortepianu słychać dźwięki... A nazajutrz wieśc się niesie, że po dworku duch się pląta, mówią, że to grzeszna dusza, która nie ma w niebie kąta.
No a później bar otwarty, raj dla chłopców na tej ziemi, jedni tutaj grają w karty, drudzy od żon uciekają, żona znudzi się po czasie, miłość przejdzie na dzieciaki, no a tutaj na tarasie pośród kumpli przy kufelku, odpoczywać pewnie da się. Jutro kaca się wyleczy, i pogada się od rzeczy, bo są takie baru prawa, tutaj każdy bohaterem, tutaj wszystko się opłaca. Tu podobnie jak w alei, która wiedzie wśród lip cienia, tyle pszczoły robią szumu, tyle piją tu nektaru chociaż pszczół nie mogę równać z tubylcami tego baru.
Na alei samym przedzie wielki kopiec usypany, ludzkich rąk to przecie dzieło, stąd krajobraz ujrzysz cały - kopiec wcale nie jest mały. Stąd na Prądnik droga wiedzie, lekko wspina się do góry a na drogi owej przedzie dom mój stoi pośród trwa i zielonych drzew wysokich. Świerki już są ponad dachem, starej wierzby garb wystaje - tak nie dawno ją sadziłem, tak mi się przynajmnie zdaje, lata szybko uciekają, i wraz z wierzbą garb nam rośnie - wszystko zmierza ku jesieni, a nam zdaje się ku wiośnie. Skrócił żywot wiatr akacji, którą w wierszach opiewałem, czy nie miałem wtedy racji? że dawała chłopcom cień, gdy do okien zaglądała i w upalny letni dzięń tyle chłodu im dawała. Ile piękna i zapachu było w kwiatach tego drzewa, pszczoły nektar chytrze piły zachwycając się łakociem - rankiem drzewo było białe, a w południe całe w złocie. runął urok domu cały gdy wiatr złamał kruche drzewo, ucichł ptak co na nim śpiewał i pszczół roje odleciały, czas zarysował chodnik kredką, stare wierzby popróchniały. Tylko Reks wciąż się weseli popisując się przed bramą, zwariowany goni wszędzie za swą piłką potarganą. Czasem w góze nad mym domem niczym tłusta gęśprzeleci, ptak stalowy ociężały budząc w mym sąsiedztwie dzieci, smuga plącze się nad dachem niby długa pajęczyna.
W domy jakby makiem zasiał, żona Ania coś gotuje, tylko pies ogonem puka leżąc w cieniu na tarasie, a sym młodszy Grześ studiuje, więc jest rzadkim gościem w domu, tylko Ania defiluje od pokoju do pokoju wypatrując opla w bramie. Takie rzeczy się zdarzają tylko ojcu albo mamie, gdyż rodziców serce czeka na każdego syna, córę i nie ważne skąd powraca, matka w oknie wypatruje...
Tyle w pustym domu ciszy i spokoju nadto wszędzie, własny oddech człowiek słyszy i mruganie własnych powiek - ciszą też się męczy człowiek. Drugi syn jest w Ameryce, zwiedza Stany po raz który - ale w maju już powraca, oczekują bowiem córy, która przyjdzie na świat w lecie, a Edytka jego żona ma urodzić córę przecie.
Leć Andrzejku boś stęskniony do Krystianka wnuka mego i do swojej młodej żony i do kraju kochanego.
A ja tyle lat za wodą - dobre dzieci nam wyrosły, układają swoje życie, wstydu ojcu nie przyniosły, mamy jednak to zasługa, mamie dzięki się należą. Długo jestem poza domem i straciłem przez to wiele, osiem lat nie powracałem do ojczyzny, do rodziny, nauczyłem się tęsknoty i szukania nowych dróg - jest w tym dużo mojej winy za to mnie osądzi Bóg. Do wieczności już odeszli teście, babcia i sąsiedzi, wujek Maj i Kaziu Wełna - kiedyś chata była pełna, gdyż rodzina żony liczna, siostry, bracia i wujkowie. I nikt dzisiaj mi nie powie, że w mym życiu jest jak było, że się nic tu nie zmieniło, nawet droga popękała, prosta wierzba zgarbaciała, a my, starsi odrobinę wciąż czujemy się zbyt młodo - a ja tyle lat za wodą!
Ma tęsknota nie zna granic, za rodziną, za Krakowem, za polami co się złocą, za wierzbami i za głogiem co przykucnął gdzieś przy drodze, do ojczyzny wracam nocą i po polach owych chodzę. Słyszę hejnał co gra rankiem, w Sukiennicach widzę świątki, na Mariackim dach z koroną, i ten obraz z tą kobietą, której oczy strachem płoną, widzę także damy palce, któa grała nocą walce.
Czy argumentów więcej potrzeba, że Kraków nad wszystkie miasta, był Kraków piękny, jest Kraków wielki, wielki i jeszcze wzrasta.
Władysław Panasiuk
|