Pogoda

Radio Polonii 2000
Wietrzne Radio 1080am
GPDesigning.com

“Co się stało z naszą klasą”
Czy śpią spokojnie dziś moi koledzy?

Nie wspomną o szkole, nie myślą o młynie, który stał przy rzece, dumny niczym paw, czy nie usiądą w objazdowym kinie, by zobaczyć przeszłość, która piękną była, która jeszcze błądzi pośród dzikich traw - w zapomnianym polu...
Wśród równin lubelskich i lasów służących niegdyś za dom partyzantom, rozsiane niczym polne maki wyrastały mniejsze i duże wioski, na ogół biedne i zaniedbane. Często ogrodzone sztachetami zagrody chyliły się jakby od wschodu istniało jakieś dziwne przyciąganie, jakaś siła niszcząca i tak liche zabudowy.
Domy rozciągnięte po obu stronach wijącej się niczym gąsiennica drogi niewiele różniły się od siebie: drewniane ściany z wciśniętymi małymi oknami przykrywał przeważnie słomiany dach, z którego wystawał gliną otynkowany komin.
Prawie przy każdym domu rozkwitały wiosną cudowne polskie kwiaty rozjaśnające lica często przygnębionym mieszkańcom, na kilku stodołach bociany urządzały po zimie lekko zniszczone gniazda, choć wtedy nie było kłopotu z przyrostem naturalnym - może właśnie dlatego!
Wszystkie województwa położone nad wschodnią granicą i pobliskie były bliźniaczo podobnie do siebie, wioski biedne, liche zabudowy, chociaż zdarzały się również wyjątki większych i możniejszych domów, nawet kilkoizbowych - co było wtedy co najmniej dziwne!
Willi nie widziałem przynajmniej na wsi, w domach nie było łazienek, myto się w miednicach, a za jaccuzi służyła zwykła drewniana lub czasami metalowa balia, w której woda nie wirowała - chyba, że była dziurawa. Mieszkańcy takiego domu zadawalali się często jedną izbą, która jednocześnie była kuchnią, pokojem gościnnym, sypialnią, a w soboty i łazienką, były oczywiście wyjątki, gdzie dom posiadał dwie czy trzy izby. Niektóre domy przedzielone były na pół: w jednej części mieszkali ludzie zaś w drugiej zwierzęta domowe - czyli oboro-dom, nie było to zbyt higieniczne, ale tak pół wieku temu było. Pamiętam sceny podobne jak na “Konopielce”, gdzie ludzie nie pozwalali elektryfikować wsi, ponieważ słub był przeszkodą na polu, podobnie było z melioracją, czy pracami geodezyjnymi (słynne prostowanie miedzy). Pamiętam moją pierwszą pracę zarobkową, gdy podczas wakacji mierzyłem pola z geodetą, by w ten sposób pomóc rodzicom i trochę ich odciążyć np. kupując sobie jakieś ciuchy. Pracowałem tak przez wakacje dwa lata, więc i napatrzyłem się na różnych, czasami bardzo konfliktowych ludzi, którzy nie pozwolili wejść na ich własność. Ludzie po prostu bali się pomiarów wietrząc w powietrzu jakieś nowe kołchozy czy coś w tym rodzaju - mieli przykre doświadczenia z przeszłości, władze były podstępne, potrafiły okłamywać i gnębić.
Prawdą jest, że było to zaraz po wojnie - więc kraj był zrujnowany przez okupantów, w okresie odbudowy nie było można wymagać cudów, ojcowie nasi odbudowali zniszczony kraj po to, by dzisiaj komuchy sprzedały go za parę groszy.

***

Wokół Stawu gdzie się urodziłem były położone jeszcze biedniejsze i bardziej zacofane wsie, gdzie elektryfikacja później dotarła, gdzie drogi były liche np. Parypse, Jagodno, Ochoża. Staw był gminą, więc były tam wszelkie urzędy, milicja, biblioteka, remiza, do której przyjeżdżało ruchome kino z radzieckim wojennym filmem, były trzy sklepy i kiosk “Ruch”, wszelakie skupy, oczywiście gospoda i siedmioklasowa szkoła. Nie było kościoła, gdyż nie zwracano uwagi wówczas na budowle sakralne, a jeśli już zwrócono, to po to, by nie wydać zezwolenia na budowę, kościół, do którego należeliśmy był oddalony o pięć kilometrów - tam chodziłem w niedzielę i tam w Czółczycach spoczywają moi rodzice i dziadowie.
Przez centrum Stawu przebiegała asfaltowa droga, do mojego domu bita, utwardzona kamieniem, później zalana asfaltem, lecz za nami była kolonia i tam była już droga polna, zwyczajna.
Telefon miał jedynie ormowiec, milicjant, sekretarzyna, reszta mieszkańców musiała się zadowolić “komórkami”, które często dobudowywane były do budynków gospodarczych. Może to śmiesznie zabrzmi, ale przez Staw płynęła rzeka o nazwie Garnka, nurt jej przyspieszały wodospady umieszczone przed i za drewnianym młynem, który dumnie niczym paw przyglądał się w lustrze, wtedy jeszcze bardzo czystej wody i swą łopatkową turbiną zatrzymywał spieszące się srebrem płynące małe rybki. Nazwa wsi najpewniej pochodziła od położenia miejscowości w dolinie, a może kiedyś był tam staw?
Władza ludowa troszczyła się o Staw szczególnie - nawet wybudowano Spółdzielnię Produkcyjną (kołchoz), dając tym samym zatrudnienie znakomitej większości - w zamian zabierając ziemię - władza zawsze dbała o naród - tylko naród nie potrafił zrozumieć dobrych intencji władzy. Wynagrodzeniem były: buraki, pietruszka, trochę zboża, a nawet drobne pieniadze! Żyć nie umierać! Władza tak dbała o ludzi, że kiedy rozleciał się ten “cudowny” kołchoz i zakładano stację ochrony roślin, nasza zabudowa zaczęła im przeszkadzać, nie chcąc świadków wyburzyli dom na naszych oczach, a nas jak zwierzęta przewieziono do mieszkania zastępczego na przyczepie, którą ciągnął traktor. Wtedy zrodziła się we mnie wielka miłość do komuny, a pamięć zakodowała los wygnańca, los, który potrafili zgotować ludzie i ta przewodnia siła narodu w niebieskich mundurach.
Mieszkaliśmy dziewięć osób w ciasnym pokoju i kuchni, z przeciekającym dachem - dwie rodziny, w takiej budzie, czy to nie była demokracja? Ale to jest dłuższa historia, może kiedyś do niej powrócę. Przed tą niesamowitą przeprowadzką mieszkaliśmy na samym końcu wsi, właśnie w sąsiedztwie kołchozu; z południa pachniało owocami, sad otoczony był wierzbami, które niczym żołnierze pilnowały obejścia. W rzędach przytulone do siebie niczym kochankowie stały zmęczone stare drzewa: jabłonie, kilka śliw i czreśnia z czerwonymi, pachnącymi owocami, a obok niej rozkładała swoje potężne ramiona lipa podobna do tej Czarnoleskiej, na której złociły się pracowite pszczoły. Pachniało lipową herbatą, a z pobliskiej łąki wieczorami dochodziły arie rozśpiewanych żab, wieczorna cisza rekompensowała całodzienny trud, a czyste jak łza powietrze dodawało ostrości spadającym meteorytom.

***

Na naszym domu kończyła się zabudowa, dalej widniały łany złocistych i srebrnych na przemian zbóż, a za nimi wznosiła się najwyższa w okolicy kredowa góra obsypana kolorowym kwiatem, zmyślnie wkomponowanym w trawie. Tam latem wypasano trzodę, a zimą góra służyła narciarzom i saneczkarzom, na samym jej wierzchołku ogrodzony kolczastym drutem rezerwat przyrody, w którym rosły podobne słonecznikom dziewięcisiły (będące wtedy pod ochroną) i wiele roślin nieznanych. W karłowatych jałowcach widniały lisie nory, czasami wyskoczył wystraszony rudy lis chwaląc się puszystą złotą kitą.
Niby zacofana wschodnia wiocha, niby nic szczególnego - a miała w sobie tyle zalet, tyle uroku, co najpiękniejsza młoda dziewczyna i pomimo przykrych zdarzeń jakie czasami miały miejsce wspominam tamte lata często i rozdaję najlepsze wspomnienia wszystkim napotkanym w drodze, a szczególnie tym, co nie umieją się cieszyć.
Nie ukrywam, że pół wieku temu było zupełnie inaczej, inni ludzie - może lepsi, inny świat - pewnie sprawiedliwszy, inna technika - albo jej brak - lecz ona niczym kolarz wyrwała się z peletonu i ruszyła, a wraz z nią stawał się brutalniejszy świat, rosła nienawiść.
Cywilizacja szła równym krokiem, znikały ze ścian zawieszone przez Gomułkę kołchoźniki, które informowały miasta i wsie o piątkach murarskich, o wyższości socjalizmu nad kapitalizmem, o zwiększonej produkcji paszy dla bydła. Pojawiły się telewizory, pierwszy w szkole - ruszła więc zgraja na darmowe kino: “Kobra” trzęsła wsią i miastem, rama telewizora była większa od ekranu, antena niczym radar w Dęblinie. Wieczorami podchodziliśmy pod okna szkoły by zerknąć na to cacko, czasami na film dla dorosłych - kierownik szkoły nie był nam przyjazny w tym względzie i gonił nas, a gdy rozpoznał, na porannym apelu ukarał przykładnie za ten niecny występek. Kiedyś nie było dyrektorów, jedynie kierownicy, lecz bardziej znaczący i rygorystyczni, kierownik naszej budy Korneluk rzadko nagradzał za to srogo karał, nie było ucznia, który by lekceważył tego pana. Jeżeli ktoś coś przeskrobał (co mi się często zdarzało), był bity długą drewnianą linią po łapie ileś razy, na ile zasłużył, a jeśli poskarżył się ojcu, oberwał od rodzica po raz drugi, dyscyplina nie rozluźniała uczniów i przez to było mniej codziennych problemów... Lekcje prowadzone przez kierownika były ciche i bezszelestne, a jeśli ktoś pragnął je zakłócić - pęk kluczy prowadzącego lądował mu na główce. W naszej szkole większa część nauczycieli legitymowała się wieloletnią praktyką i choć nie posiadała wyższego wykształcenia - miała dość wiedzy i potrafiła z sukcesem ją sprzedać. Przykładem była pani Banaszek, znająca podręczniki na pamięć ucząc kilku przedmiotów: historii, matmy i fizyki, kierownika żona uczyła polskiego, rosyjskiego i biologii. Jak widać profesje były poszerzone, a woźny choć nie uczył niczego i tak był najważniejszy w całej budzie. Oleszczyński mógł wszystko, no może prawie wszystko. Szkoła położona była w centrum, gdzie mieściły się inne urzędy - musiałem więc codziennie pokonywać może trzy kilometry, lecz pocieszeniem było to, że inni mieli do szkoły jeszcze dalej, dochodzili bowiem z sąsiednich miejscowości.

***

Dzisiaj jest zupełnie inaczej, na miejscu starych domów powstały i nadal powstają nowe, jest nowy kościół, cmentarz, choć gminę, policję i inne urzędy zlikwidowano, ponieważ Chełm przybliża się do Stawu. Rosną nowe osiedla, nowe obiekty, na terenie Stawu powstaje duży zalew - wreszcie Staw będzie stawem z prawdziwego zdarzenia, a jego nazwa będzie w pełni uzasadniona.
Kto by powiedział pół wieku temu, że będzie tutaj miejscowość rekreacyjna - a jednak!
A kiedyś był tam “żywy płot”, a za nim olbrzymi sad, w którym żółte i czerwone owoce zachwycały oko - dlatego też chodziliśmy tam na grandę, cały urok był w tym, jak ktoś pogonił, kiedy było jakieś niebezpieczeńśtwo. Ile później było emocji, ile opowiadania, chodziliśmy również na grandę na posiadłość starego hrabiego Brezy, staruszek z długą, białą brodą podpierający się dwoma kulami zawsze miał zawieszony na szyi aparat fotograficzny i kiedy nas gonił z drzew, robił zdjęcia i strzelał podnosząc kulę do góry. Sad hrabiego był dobrze utrzymany, a najpiękniejsza była aleja wysadzona drzewami, która łączyła główną drogę z domem, tam często spacerowały młode pary, które my łebki usiłowaliśmy podglądać. Ogólnie mówiąc tamte lata przynosiły mi tyle wrażeń i wiele radości, że starczają jej zapasy do dzisiaj. To prawda, że było biedniej i prymitywniej, ale o ile weselej, o ile szczęśliwiej, dzisiaj brakuje mi tego piękna nieskażonej przyrody, śpiewu żab na łące, tych żółtych kaczeńców i zapachu prawdziwego siana, tej jakże zwiewnej młodości - tęskno mi do tamtych dni i tamtego starego Stawu z glinianymi dzbankami schnącymi na drewnianym, szczerbatym płocie.
Chciałoby się powtórzyć za nieżyjącym już Jackiem Kaczmarskim “co się stało z naszą klasą”, z naszym Stawem, gdzie są i co robią dzisiaj dziewczyny i chłopcy z mojej klasy! Gdzie Ala Wolińska, Warchoł Grażyńa, gdzie Czarek Sadurski, gdzie Heniek Zalewa, gdzie klasa jest cała - czy w kraju została, czy tak jak ja błądzi. Czy podobnie do mnie po świecie się tuła, czy wspomina klasę i tamte ogrody i te stare domy i ten Staw bez wody, czy błądzi w pamięci po starej alei, kochanków podgląda wśród księżyca blasku, czy wypisuje imiona na piasku swoich przyjaciół, czy szuka ich we śnie, czy po nocach pisze?
Czy sen ma spokojny, zasypia beztrosko - nie wspomina szkoły, nie myśli o młynie, który stał przy rzece, dumny niczympaw, czy nie usiądzie w objazdowym kinie, by zobaczyć przeszłość, która piękną była, która jeszcze błądzi pośród dzikich traw; w zapomnianym polu... Czy wspomni dziewczynę młodziutką i piękną, do której raz pierwszy serce zapłonęło, która po nocach w sennej błądzi ciszy, czy ją jeszcze widzi, czy głos jej wciąż słyszy, pośród dalekiego pukania dzięcioła... Czy ona go jeszcze obejmuje we śnie, i usta gorące zostawia na szyi, czy zrywa dla niego czerwone czereśnie!
Tego nie wiem, i on tego nie wie - chyba, że do mnie podobny jest trochę i podobnie wraca do zwiewnej młodości, do wspomnień tak drogich, do własnej krainy - powraca do Polski, gdzie zostawił ślady - niczym kochanek do dawnej dziewczyny powraca z tęsknotą, z sercem pełnym wiary...
Ja zawsze powracam do swojej ojczyzny i do tego miejsca gdzie dom stał nasz stary...

Władysław Panasiuk