Pogoda

Radio Polonii 2000
Wietrzne Radio 1080am
GPDesigning.com

Bosman

Kiedy już morze wyszumiało mi z głowy, kiedy pieluchy powiewały na moim podwórku zamiast komandorskiego proporca na maszcie, kiedy kogut zastąpił okrętowy tyfon, a prawdziwa nimfa leżała obok mnie w łóżku - zatęskniłem jak niemowlę do smoczka - za morzem. Często powracałem myślami i w opowieściach do tych fal zburzonych, do zachodów słońca i tej łajby kołyszącej się jak huśtawka na wietrze.
Postanowiłem wyruszyć choćby na wypoczynek kilkutygodniowy nad morze i nie przypadkowo do Świnoujścia - oczywiście z żoną Anną i małym synalkiem Andrzejkiem. Zaraz po weselu u cioci Heli rankiem wyruszyliśmy dużym fiatem na zasłużony wypoczynek, po drodze odwiedzaliśmy miasta, a przy okazji moich kolegów z okrętów.
W Łodzi zatrzymaliśmy się nieco dłużej ponieważ kolega Wojtek Rybus (kucharz okrętowy) był kierownikiem niezłej restauracji, więc gościnie nie było końca, dołączył do nas Zbyszek Drubowski (były szef radia: radzik) pracujący również w rozgłośni radiowej w Łodzi. Świętowaliśmy tam kilka dni wspominając dawne dobre czasy sprzed kilku lat, był szampan, wino i uśmiech pomieszany ze łzami szczęścia - człowiek podobny wilkom żyjącym w watasze - zżywa się.
Następnym postojem był Inowrocław, gdzie odwiedziliśmy małżeństwo poznane na wczasach w Rabce i znowu dwie doby postoju, Grzesiek i jego żona należeli do ludzi uwielbiających dobrą zabawę.
Jechaliśmy zbliżając się powoli do Szczecina, Andrzejek klęczał na tylnym siedzeniu i obeserwował jadące za nami samochody - już wtedy wiedziałem, że zostanie mechanikiem - rozpoznawał większość marek samochodów, przez to podróże znosił świetnie. Na drodze było spokojnie, choć ruch przed Szczecinem wzrastał - mnie rzadko kto wyprzedzał - może to przez ten policyjny lizak, który tydzień temu znalazłem w Krakowie i wetknąłem za szybę swojego samochodu. Pewnie kierowcy wzięli mnie za policmajstra, choć ja nigdy nie przepadałem za niebieskim mundurem, a tak szczerze - to nie cierpię do dziś tej głupiej, zarozumiałej formacji. Kiedy znalazłem ten nieszczęsny lizak - podjechałem w Nowej Hucie na stację paliwową, chyba nie muszę przypominać, że paliwo było reglamentowane i ciężko było o dodatkową kartkę. Kiedy jeden z obsługi zobaczył ów lizak podszedł do mnie i zaproponował zbiornik do pełna bez wymaganej kartki - skorzystałem, po czym zwrócił się do mnie: może porucznik zawsze podjeżdżać! Tak funkcjonował system reglamentacji. Tymczasem wjeżdżaliśmy na przedmieścia Szczecina - zapachniało morzem, choć od morza dzieliło nas sporo kilometrów, ale to przecież wielki port, Wały Chrobrego, tyle różnych bander, tyle ślicznych jednostek - nawet Zawisza Czarny. Mewy krążyły nie tylko nad zalewem, sporo ich przed Kaskadą i w ogóle na ulicach, nad wodą zawsze ich pełno, tam gdzie marynarz tam kasa i mewy, czy też “mewki” - jak to woli. Serce uderzyło mocniej kiedy stanęliśmy przy porcie.

***

Pachniało rybą, specyficzny morski zapach, słońce chyliło się ku zachodowi zostawiając na wodzie niezbyt czystej, pomieszanej z niebieskim olejem swoje pastele. Kolory słonecznych barwników rozlewały się niczym farby malującego port artysty, kolor przenikał do koloru łącząc się w całość, rozgrywaną później przez wodę, rozkołysaną pędzącą motorówką. Wiatr zabawiał się banderami i proporcami, marynarze wychodzili na ląd, by wytrzeźwieć od podmuchu wiatru i ustabilizować nogi od nadmiernego kołysania. Tu i ówdzie widać było prawdziwego kapitana ze złotymi paskami na rękawie i białą czapką na głowie, często już srebrem pokrytą. Nie przeczę, że kochałem morze, zawsze mnie fascynowało, ono było dla mnie wschodem i zachodem słońca, powietrzem gdy duszno, przestrzenią kiedy ciasno, oazą na pustyni - i tak zostało... Oczy radowały się tym widokiem - choć nie dzieliłem się moją radością z żoną stojącą koło mnie, choć nie mówiłem maluchowi co czuję - przeżywałem piękne chwile - serca złapało rytm, oddychałem prawidłowo i to co było ważne stało się nieważne, co było nieprawdziwe - prawdziwym się stało. Czułem, że zaczynam żyć, że powracam do zdrowia.
Okazało się, że moi koledzy pozostali wierni morzu, więc nie zastaliśmy ich w domu - ruszyliśmy więc w drogę prowadzącą do docelowego miejsca - Świnoujścia.
Pokonanie ostatniego odcinka drogi nie było zbyt trudne, Andrzejek spał na tylnym siedzeniu, kojąca cicha muzyka powodowała dobry nastrój - przed nami widniała droga prosto na prom.
Ustawiliśmy się w kolejce, promy przypływały i odpływały, chyba trzeci prom zabrał nas na swój pokład - ruszyliśmy znaną mi trasą, z lewej burty stały zacumowane okręty wojenne trałowce, a po przeciwnej okręty desantowe i kilka jednostek mniejszych, pomocniczyh. Niczym dzikie konie zaczęły galopować w mojej głowie wspomnienia sprzed kilku lat, te przyjemne i te mniej przyjemne, zatrzymał się na chwilę czas, zamyślony usłyszałem komendę “cumy rzuć” - byliśmy na drugiej stronie. Wyjechałem z promu, udając się na wcześniej umówiony adres, gdzie czekał na nas pokój, było to o rzut beretem od kanału portowego. Znieśliśmy bagaż i zapoznaliśmy się z nowym lokum, w którym całkiem nieźle nam się mieszkało.
Naszymi sąsiadami byli młodzi, sympatyczni ludzie (małżeństwo) z Wawelskiego Grodu, z którymi zaprzyjaźniliśmy się.
Nazajutrz wyruszyliśmy do portu wojennego w poszukiwaniu znajomych, kiedy zapytałem w porcie o kolegę Jurka Nierzwickiego - otrzymałem informację, że owszem jest kapitan o tym nazwisku i pełni funcję dowódcy grupy okręgów. Nazwisko się zgadzało, lecz stopień i i pełniona funckja była jakby troszkę na wyrost - ponieważ kiedy ostatnio widzieliśmy się był praktykantem z Wyższej Szkoły Mar-Woj.
Zapomniałem jednak, że od tego czasu minęło już kilka lat, lat służby i awansów. Zostawiłem w porcie swój namiar i następnego dnia po południu odwiedził mnie Jurek. Wspomnieniom nie było końca, później była rewizyta, gościna w jego mieszkaniu, po dwóch dniach pożegnaliśmy się, gdyż łajby wychodziły w morze.

***
Któregoś pięknego dnia spacerowaliśmy po molu portowym, gdzie stały zacumowane dwa piękne wodoloty, moja żona zaproponowała przejażdżkę jednym z nich. Po rozbujałym trapie weszliśmy na pokład, a później do wnętrza i usiedliśmy na siedzeniu, po chwili ktoś zawołał: “Bosman!” (to moja ksywa) - popatrzyłem za głosem. Na przodzie tuż przy sterówce stało trzech gości, w tym jeden z brodą, który zawołał: zdrowie Władek! i nalał do szklanki - podszedłem i rozpoznałem portowego kolegę nota bene z Chełma, wypiłem i przywitaliśmy się siarczyście. Andrzej był dowódcą tego wodolotu, którym popłynęliśmy do Szczecina i znowu powrót do minionych lat, wspólne biesiadowanie, wspólni znajomi. Na Wybrzeżu mam dużo kolegów, ponieważ kiedyś prowadziłem życie towarzyskie, udzielałem się społecznie, organizowałem wiele imprez i wieczorków, nawiązywałem dość łatwo znajomości - będę tutaj nieskromny, byłem lubiany w towarzystwach, niezłym też byłem kawalarzem.
Oczywiście nie tylko spotkałem znajomych, całymi dniami opalaliśmy się na plaży, kompaliśmy się w morzu z naszym maluchem, zwiedzaliśmy miasto. Najważniejszą jednak atrakcją w Świnoujściu było morze, promenada i oczywiście port, gdzie cumowały różne małe i większe statki rozmaitych bander. Niektóre przepływały kanałem Świna do Szczecina, ciekawe to dla oka i sympatyczne dla ducha, ogląanie takich kolosów stawia różne pytania: tyle ton i pływa? Jak sterować tak wielkim statkiem i wiele innych pytań - często bez odpowiedzi. Mijały godziny, doby - kończył się pomału urlop, a z nim wschody i zachody słońca, kontury statków czekające na wejście do portu na redzie - te cudne widoki zostawiliśmy innym.
Kiedy wjeżdżaliśmy na prom zakręciła się łezka w oku - bo z morzem się rozstawać, to tak jak z ojczyzną, to tak jak z bliską osobą, kto byłn a morzu, wie o czym piszę.
Silniki poszły w ruch, śruby niczym mikser przecinały wodę, która poplątała się z promieniami słonecznymi; zapalała się, to gasła, kolory zmieszały się niczym pastele na palecie, mewy dławiły się porywając kolorowe rybki. Wiatr uspokajał goniące za motorówką fale, garbate portowe żurawie kręciły nadwyrężonymi szyjami, dwa holowniki wprowadzały statek niczym pannę młodą do ślubu.
Spojrzałem raz jeszcze na boskie dzieło i na to co człowiek skomponował latami - patrzyłem i podziwiałem. Od tamtej pory minęło już ćwierć wieku, a ja widzę to jeszcze i jeszcze podziwiam, może kiedyś powrócę w tamte strony, by raz jeszcze ujrzeć te białe żagle i usłyszeć przeraźliwy krzyk mew - bo na “mewki” zdecydowanie za późno!

Władysław Panasiuk