Z Władysławowa w Chicago do Krynicy
Maria i Feliks Krzan
To, że udało się mi przeżyć tyle lat zawdzięczam przede wszystkim
mojej głębokiej wierze religijnej i wrodzonemu optymizmowi
- mówi Feliks Krzan (Krzanowski) prowadząc ostro niczym taksówkaz
skodę felicię ulicami Krynicy Zdroju. - Takiej jazdy nauczyłem
się pod Monte Cassino, kiedy dostarczałem amunicję na stanowiska
bojowe. Moment zagapienia sie i... teraz byśmy ze sobą nie
rozmawiali.
Przyglądam się sylwetce dojrzałego mężczyzny. Nie daję wiary,
że przed kilkoma dniami ukończył... 83 lata!
- Ba! Lekarze, którzy pierwszy raz mnie zobaczą, nie dają
mi więcej jak 60-tkę - dodaje.
Dowoził amunicję pod Monte Cassino
Inny człowiek w tym wieku i po takich przeżyciach pewnie byłby
pomarszczonym staruszkiem, ale nie Feliks Krzan. Może to sprawa
kresowej duszy? Urodził się bowiem w Kowlu na Wołyniu. Matka
Karolina pochodziła ze szlachty spod Sanoka. Później rodzina
przeniosła się na Polesie do Kunińca, gdzie młody Felek pobierał
nauki w szkole. Ojciec Stanisław był wysokim urzędnikiem PKP.
Po napadzie bolszewików w 1941 roku ojca natychmiast wywieziono
jako osobę podejrzaną o konspirację do więzienia do Kirowa
na Syberii. Miał go już później Feliks nigdy nie zobaczyć.
Trafił z matką na lessopowałki koło Nowosybirska.
- O, proszę tutaj dotknąć moją klatkę piersiową - mówi rozchylając
koszulę. Do tej porym am wgłębienie od dłuta, którym nacinałem
sosny, pozyskując z nich żywicę.
Ta opowieść jest o tyle szokująca, że słucham jej siedząc
w eleganckim pensjonacie Feliks w Krynicy. Promienie słońca
wpadają i rozświetlają salon i trudno sobie w takiej scenerii
wyobrazić syberyjską gehennę. Pan Feliks zamieszkał w Krynicy
przed 10 laty. Wraz z żoną Marią przyjęli zasadę, że cztery
miesiące w roku spędzają w uzdrowisku, pozostałe w Chicago
w polskiej dzielnicy Władysławowo. Feliks Krzan w Krynicy
prowadzi pensjonat, w USA oddaje się działalności społecznej
i kombatanckiej.
- Kiedy generał Władysław Anders w Rosji utworzyl armię, zostałem
do niej powołany - wspomina. - Przyjęto mnie w stopniu kanoniera
do 7 Pułku Artylerii Konnej. To było w kwietniu 1942 roku
w Uzbekistanie. Uzbekistan do końca życia zapamiętam, bo w
Urgenczu nad Amu-Darią moja matka umarła z głodu. Ja rok później
byłem już w Palestynie, gdzie zdałem jako eksternista maturę
w Szkole Junaków i skierowano mnie na front włoski. Potem
było Monte Cassino, Ankona, Bolonia. Honorowo zdemobilizowano
mnie w Predazzo w 1947 r.
No, ale wcześniej był 1945 r. i młody Feliks zastanawiał się,
co ze sobą zrobić. Dowiedział się, że ojciec zmarł na malarię
w Rodezji, obecnie Zimbabwe. Został sam jak ten palec boży.
Pomógł mu w Bolonii miejscowy ksiądz, który kiedy się dowiedział,
że Krzan dostał się na studia medyczne, zobowiązał się, że
raz dziennie pozwoli mu zjeść zupę na plebanii. Przymierał
z głodu, imał się dorywczych zajęć. Zwrócił się do polskiej
ambasady w Rzymie o wsparcie. Ambasador Pappe ufundował stypendium,
jednak pod warunkiem, że przeniesie się na studia weterynaryjne.
Tak też zrobił.
Weterynarz w Chicago
- Zastanawiałem się, co dalej - wspomina. - Do Anglii nie
chciałem jechać dlatego, że opuściła nas, kiedy wybuchła wojna,
po drugie większości żołnierzy generała Andresa proponowano
pracę w kopalniach węgla. Ja się do tego zupełnie nie nadawałem
i w 1950 r. po ukończeniu studiów doktorskich i pierwszym
ożenku wyjechałem do Ameryki. Byłem pracownikiem na kilku
uniwersytetach, m.in. w Madison, Filadelfii. Pracowałem też
jako weterynarz w Chicago. W 1957 r. otrzymałem amerykańskie
obywatelstwo, ale nigdy w życiu nie zrezygnowałem z polskiego,
bo nawet mi to przez myśl nie przeszło. Przed emeryturą pracowałem
w Departamencie Rolnictwa USDA w Chicago do 1985 r.
Kiedy wyzwolił się z codziennych obowiażków życia zawodowego,
zaczął działać w polonijnym środowisku. Założył i był wieloletnim
prezesem Polskiego Związku Ziem Wschodnich, był też prezesem
Stowarzyszenia Polskich Kombatantów im. gen. Wł. Andersa,
Polskiego Komitetu Imigrantów i wielu innych stowarzyszeń.
Ma wszelkie odznaczenia wojskowe. Polskie i brytyjskie. Wśród
nich War Medal, British Star, Italy Star, Cross Monte Cassino,
Złoty Krzyż Polski Walczącej. Ceni sobie sczególnie Krzyż
Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski przyznany przez prezydenta
Lecha Wałęsę w 1994 r. Ma również Odznakę Zasługi przyznaną
w ub. r. przez prezydenta Busha. Rok temu mianowany został
na stopień podporucznika Wojska Polskiego.
- Kiedy nastała w Polsce wolność, wreszcie mogłem przyjeżdżac
do ukochanej ojczyzny - mówi i 10 lat temu zdecydowałem się
zapuścić tutaj korzenie. Na stare lata. Wcześniej jako andersowiec
byłem niemile w PRL widziany. Zamarzyła mi się Krynica, bo
częśto tu wypoczywałem. I nie wiem, ja długo będę przemieszczał
się między Władysławowem w Chicago i moją parafią św. Władysława,
Krynicą. Na wszelki wypadek mam już przygotowany grobowiec.
I pewnie się pan zdziwi, że nie w Krynicy, nie w Chicago ale
... w Sanoku. Za sprawą mojej matki Karoliny pochodzącej z
Sanoka i obecnej żony Marii.
Ceramiczka-historyczka
Maria, rodem ze Starej Wsi koło Brzozowa ukończyła Liceum
Technik i Sztuk Plastycznych w Nowym Wiśniczu. Była projektantką
ceramiczną w Zakładach Porcelany Stołowej w Wałbrzychu. Ukończyła
studia historyczne na Uniwersytecie Wrocławskim i została
nauczycielem historii w liceum ogólnokształcącym w Wałbrzychu.
W latach 80. kiedy już przeszła na emeryturę, wyjechała do
USA. Chciała być aktywna zawodowo, więc przeszła przez sito
różnych egzaminów, szlifując niemal do doskonałości język
angielski.
- Nadal pracuję jako nauczycielka niejako na zamówienie, czyli
zastępuję innych w miarę potrzeb - mówi. - Wygląda to w ten
sposób, że codziennie kuratorium oświaty telefonuje do mnie
i kierują mnie na zastępstwa. Pracowałam w dwóch polskich
szkołach katolickich i przyznam ze smutkiem, że poziom nauczania
w nich jest barzo niski. Wręcz żenujący. Jak słyszę teraż,
że minister oświaty Łybatycka chce się wzorować na modelu
publicznych szkół amerykańskich, to na swoim przykładzie mogę
powiedzieć, że to szaleństwo. Nasza polska młodzież jest znakomicie
przygotowana i zdecydowanie przewyższa amerykańską. Szczególnie
mnie boli, że zamykane są szkoły dwujęzyczne polsko-amerykańskie,
zwłaszcza w szkołach katolickich, co prowadzi do wynarodowienia
się naszej młodzieży.
- Jakieś 12 lat temu jechałam pociągiem z Wałbrzycha do Wrocławia
- wspomina p. Maria. - Między Jelenią Górą i Wałbrzychem spotkałam
przystojnego mężczyznę i zaczęliśmy rozmowę. Wymieniliśmy
adresy i rozstaliśmy się we Wrocławiu. Przez dwa lata korespondowaliśmy
między sobą. I ponownie spotkaliśmy się w symbolicznym dla
Polaków miejscu, na placu św. Piotra w Watykanie. Od tego
czasu jesteśmy razem. Na dobre i na złe. A na wieczny spoczynek
udamy się na cmentarz w Sanoku.
Gazeta
Krakowska czerwiec 2003
|