Pomóżcie nam zachować pamięć
Konkurs Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie
Tak oto brzmi tytuł komunikatu KPA - Kongresu Polonii Amerykańskiej datowany 13 kwietnia 2005 roku, a zamieszczony na łamach Dziennika Związkowego w numerze z 3-5 czerwca 2005 r. Termin nadsyłania prac konkursowych do dnia 15 lipca 2005 r. Z powyższego wynika, że komunikat ten ogłoszony zostal z opóźnieniem 51 dni, natomiast do zgłoszenia, nadsyłania prac pozostało 42 dni. Opóźnienie to dziwnie wygląda, bowiem KPA znajduje się zaledwie piętro wyżej od redakcji Dz. Zw., czyli w tym samym budynku.
Fundacja Polsko-Niemieckie Pojednanie zawiązana została kilkanaście lat temu i nazwać ją można kanapową, bowiem nikt Narodu Polskiego o to nie pytał, czy życzy sobie należeć do takiego towarzystwa. Od wieków wiadomo, że jak świat światem nigdy Polakowi Niemiec nie będzie bratem! Lecz jak wynika z treści komunikatu, twórcy tejże fundacji maksymy tej nie znają! Z powyższego również wynika, ze nikogo o zdanie nie pytano, czy Narodowi Polskiemu się to podoba, czy też nie. Poza tym, co innego oznacza jakiekolwiek zadośćuczynienie ofiarom wojny, wściekłej chorobliwymi ambicjami Narodu Niemieckiego panowania nad światem, a co innego pojednanie! czyli - przyjaźń! I to trzeba mieć na uwadze!
Fundusz odszkodowawczy dla ofiar II Wojny Światowej
Fundusz ten istnieje dzięki temu, że rząd Stanów Zjednoczonych w okresie tuż po zakończeniu wojny zamroził ówczesny kapitał rządu Niemiec i obecnie wszelkie wypłaty uskutecznia na żądanie obecnych rządów Niemiec.
W latach poprzednich na żądanie Niemiec rząd amerykański przekazał rządowi Niemiec 60 bilionów dolarów na odszkodowania dla Żydów. Obecnie, wobec narosłych żądań ofiar wojny, na życzenie premiera Niemiec Schroedera, prezydent Clinton polecił Departamentowi Stanu wypłacić ze skarbu państwa dalsze 5 bilionów dolarów. W tym to celu odbyły się wstępne negocjacje międzyrządowe. Wstępne ustalenia odbyły się 15 grudnia 1999 r. i wobec zgłoszenia wcześniejszego, jako podstawę wypłat przyjęto 240.000 osobom. Za podstawę wypłat przyjęto wypłatę Japończykom - obywatelom Stanów Zjednoczonych, którzy otrzymali wypłatę w wysokości 20.000 dolarów. Ze względu na to, że w Stanach Zjednoczonych przebywa duża ilość, którym odszkodowania się należą, przeto do przeprowadzenia wypłat Polakom zamieszkałym w Ameryce Północnej upoważniony został KPA - Kongres Polonii Amerykańskiej. Natomiast przedstawicielem wykonawczym mianowany został z ramienia KPA mec. Les Kuczyński. A w imieniu Departamentu Stanu akcję tę przeprowadził zastępca sekretarza Departamenu Stanu Mr. S. Eizenstat. Tam więc, w czasie konferencji Deprtamentu Stanu odbytej 15 grudnia 1999 roku w Waszyngtonie zwolniono do wypłat ofiarom wojny 5 bilionów dolarów czyli 10 bilionów marek niemieckich.
W czasie konferencji tej ustalono też, że wszelkie koszta administracyjne wypłat tego funduszu pokryte być muszą z odsetek bankowych w międzyczasie narosłych bez obciążania rzeczywistego funduszu. I że fundusz ten pokrywa odszkodowania dla niewolników (slaves) i dla robotników przymusowych.
Umowa ta nie posiada klauzuli jakichkolwiek odszkodowań dla jenców wojennych, szczególnie maltretowanych tak w więzieniach Wehrmachtu, jak i na różnorakich komandach pracy. Poza tym, na konferencji tej uzgodniono, że 55% wyznaczonej sumy przeznacza się dla Żydów, zaś 45% dla nie Żydów. Ustalono też, że dla ofiar wojny tworzą pięć fundacji: Niemiecko-Białoruska, Niemiecko-Czeska, Niemiecko- Polska, Niemiecko-Rosyjska i Niemiecko-Ukraińska.
Dalszy ciąg tejże konferencji przeniesiono do Berlina, gdzie 17 grudnia 1999 r. nastąpiły dalsze postanowienia. M.in. fundację ukraińską, która znajdowała się na końcu jako piąta, przeniesiono na czoło wypłat, jako pierwszą! Obecnie, jak wiadomo, wszelkie wypłaty zostały już dokonane i obecnie ofiary, którym przyznano odszkodowania proszone są o pisanie pamiętników/wspomnień, aby przeszłość nie przeminęła z wiatrem historii.
Ogólna ocena wymienionych zarządzeń
W wyżej omówionej ustawie wykonawczej, zadośćuczenia ofiarom wojny brak jest definicji słówek ew. określeń. Umowa ta stwierdza, że wypłaty odszkodowań należą się dla: slaves and forced laborers. W moim znaczeniu słowo slaves oznacza jeńców wojennych, o których nie ma żadnej wzmianki, a którzy to byli pierwszymi, którzy poddani zostali, tak indywidualnie, jak i nawet zbiorowo, przeróżnym szykanom, a nawet torturom. Lecz ktoś o nich zapomniał? Do tej kategorii ofiar zaliczyć należy również zamkniętych w obozach koncentracyjnych. Jedni i drudzy byli pod stałą kontrolą, jeśli nie Wehrmachtu, to SS czy też gestapo. W oczach jeńców wojennych warunki życia, prócz komór gazowych, były takie same!
Warunki higieniczne jeńców wojennych były niżej krytyki. Poddawani byli przeróżnym szykanom, jak np. zmuszanie, często pod groźbą, do użycia karabinów maszynowych, do przejścia na status cywilny. Z tego choćby wymiaru tysiące kolegów uległo pobiciom karabinami, ew. stosowanych innych przemyślnych tortur! A różne karne kompanie, karne bataliony pracy, gdzie prace związane z odlewem betonu szły po 10, 20, 30, 40 a nawet po 60 godzin pracy jednocześnie. Tylko mały procent jeńców wojennych dostąpiło jako takich warunków pracy.
Robotnicy przymusowi: to tacy, których w Polsce łapano na ulicach miast ew. wszędzie, gdzie się dało. Ich los również był ciężki lecz lżejszy od losów jeńców. Ta grupa ofiar wojny płacone miała inne stawki jak i posiadała pewne korzyści socjalne, których jeńcy nie posiadali jak np. roczne wakacje, uczęszczanie do kina, możliwość czytania prasy dziennej jak i słuchania radia, chociaż niemieckiego. Możliwości ruchów jak i kontaktów z otoczeniem bez kontroli. Z niektórych krajów robotnicy ci przyjeżdżali na ochotnika by budować wielkie Niemcy jako swego sojusznika. Personel wykonawczy tejże umowy w ogóle nie posiada żadnego rozeznania co było, a co pozostało. Wszyscy bowiem urodzeni zostali jeśli nie w okresie to tuż po wojnie. Wiedzą coś niecoś tylko z opowiadania ew. z naciąganych filmów, deformujących prawdę historyczną.
Życie jenieckie, w ogólnym znaczeniu było bardzo ciężkie, pełne poniżeń osobistych, a często bitych, nawet kolbami karabinów! Tak bywało na komandach pracy, a w stalagach? Bywały lepsze warunki lecz pchły, wszy i brak mydła oraz różnorodne dokuczliwe przeprowadzki z baraku do baraku i z powrotem itp. wygłupy.
Osobiście nie zgłaszam pretensji z powodu bycia jeńcem, lecz z powodu napadów fizycznych z użyciem broni palnej, przykładanej do głowy, ew. specjalnych szykan z powodu niewydolności fizycznej w pracach. Wówczas skazany rozkazem oficera Wehrmachtu na rozstrzelanie, na skutek ratowania życia dochodziło do wzajemnej walki ew. nawet skutki fizyczne takich walk obronnych z wachmanami czy też z partyjniakami NSDAP. I to bez świadków, bowiem mokra robota świadków nie znosi.
Poniżej zamieszczam trzy opisy moich trzech tragicznych wypadków ratujących moje życie! Pomijam tu wszelkie codzienne utarczki z wachmanami Werhrmachtu godzące w godność człowieka! Opisuję tu moje trzy najgroźniejsze dla mnie epizody. Dwa z nich o znaczeniu kryminalnym, trzeci zaś, a właściwie drugi, to skutek pierwszego, choć nie o znaczeniu kryminalnym, lecz także śmiertelny. A było to tak:
Epizod pierwszy
Napad właściela tartaku z pistoletem przy głowie jeńca, chcąc
zmusić go do dźwigania cięzkiej belki.
Latem 1941 roku uciekłem do kraju i po dwóch tygodniach wojażu zostaliśmy złapani. Po odbyciu kary aresztu odesłani zostaliśmy na stare komando pracy. Tam zaś, z powodu naszych częstych buntów długo nie zagrzaliśmy i wkrótce komando nasze rozproszono. Ja trafiłem do pracy w tartaku w Ruhland, Saksonia. Właścicielem tego tartaku był powiatowy komendant NSDAP przezwany przez nas żółtkiem, a to z powodu noszonego munduru partyjnego koloru żółtego. Dla jeńców polskich był to pies. Przez jego komando przeszło już, do czasu mego przybycia, kilka grup jenieckich i wszyscy zmuszeni zostali do przejścia na status cywilny. Były tam różnorodne pobicia przez niego. Jednym słowem szykany!
Osobiście trafiłem tam na początku września 1941 r. podczas jego nieobecności, w piątek. W poniedziałek z rana przyszło nam ładować na lorę stojącą na rampie kolejowej, odalonej 300-400 metrów. Na komandzie tym było nas 14, z tym, że jeden pełnił tam jakąś funkcję, tak że do prac ogólnych było nas 13. W dniu tym przyszlo nam ładować rżnięte belki. Nosiliśmy je po dwóch. Ale dlatego, że było nas 13, przeto komuś wypadło, od czasu do czasu, czekać na kolegę. O godz. 9 rano nasi dwaj wachmani poszli do kantoru na śniadanie. Korzystając więc z okazji, gdyśmy zebrali się przy stosie belek, przystanęliśmy celem omówienia bieżących wiadomości frontowych. W pewnym czasie jeden z nas zauważył, że z kantoru wychodzi żółtek. Szybko więc łapano belki i szybko uciekano ku rampie. Anim się nie spostrzegł, zostałem sam. Udając, że ciężko pracuję coś tam robiłem, nie zwracając uwagi na jego obecność. Ten zaś widząc to z miejsca ryknął: dlaczego nie bierzesz belki? Grzecznie mu odpowiedziałem, że nosimy je po dwóch, bowiem dla jednego są za ciężkie. Ten zaś nie namyślając się złapał belkę w jednym końcu, podniósł ją do góry i ryknął: bierz ją!
Odpowiedziałem mu, że dla jednego jest za ciężka, że nosimy je we dwóch. Ten zaś opuściwszy belkę wyciągnął pistolet z kieszeni, doskoczył do mnie łapiąc mnie lewą ręką za gardło, dusząc cisnął ku dołowi, rycząc, że zastrzeli tego polskiego psa. Będąc już na kolanch i charcząć z powodu duszenia mnie, w pewnym momencie tak się ładnie ustawił nade mną, że nie namyślając się ani chwili posłałem mu jednego prostego w nos.
Ten niespodziewany cios uratował mi życie. Będąc zaskoczonym, upuścił pistolet i łapiąc się za nos, jak kaczka uciekł do swego kantoru. Stamtąd zaś szybko wyskoczyli obaj wachmani. Ja zaś podniósłszy pistolet zastanawiałem się przez chwilę, co z nim zrobić: podjąć walkę z wachmanami nadchodzącymi czy też postąpić inaczej. Ze złości pistolet ten rzuciłem do ogródka z kwiatkami. Gdy wachmani przybiegli do mnie zaczęli mnie wypytywać, co się tutaj stało? Odpowiedziałem im jak on odniósł się do mnie. W międzyczasie koledzy zaczęli nadchodzić z rampy i widząc, że stało się tu coś nadzwyczajnego wsłuchiwali się w moje opowiadanie wachmanom. Tak więc słysząc co się stało, z miejsca, jak jeden mąż, żądali odesłania nas do stalagu. Tak więc wachmani widząc zdecydowany bunt, nakazali nam pójść do naszych kwater, a sami zaś skontaktować się z oficerem kontrolnym, telefonicznie. Po dwóch godzinach weszli na naszą budę oznajmiając, że oficer kontrolny nakazal mnie odstawić do aresztu natomiast reszta ma wrócić do pracy. Przy pożegnaniu każdy z kolegów życzył mi wytrwania i nie załamywania się. Wkrótce znalazłem się w pociągu, a w dwie godziny później znalazłem się w oflagu IVD w Elsterhorst, Hoyerswerda. Obóz ten od jesieni 1939 roku budowany był przez nas i jako Stalag IVA przetrwał do jesieni 1940 roku. Do tej pory został przemianowany na oflag dla oficerów francuskich, a Stalagh IV A przeniesiony został do Hohenstein, w Sudetach. Tam natomiast do tej pory istniał oflag dla oficerów polskich, którzy przeniesieni zostali w inne miejsce.
W Elsterhorst już naprzecw bramy głównej wybudowany został również przez moich kolegów szpital, w którym obsługa nadal była polska.
Gdy doprowadzony zostałem przed wartownię oflagu, dowódca warty nie wiedząc co ze mną zrobić zaczął szukać telefonicznie szefa oflagu. Nadszedł po jakimś czasie wysoki, może 30-letni oberfeldfebel, który widząc mnie z miejsca ryknął: a co tu ten Polak robi? Wówczas mój eskortant zameldował mu, że pobiłem właściciela tartaku. Ten zaś bez namysłu skoczył do mnie i dwoma uderzeniami w twarz straciłem przytomność, upadłem na ceglaną posadzkę. Ten zaś kopiąc mnie ryknął, abym uciekał do aresztu.
W areszcie tym byłem 3 miesiące wcześniej i obecnie zauważyłem, że w międzyczasie znalazł się tu nowy płot druciany, rozdzielający przedobóz na dwie części. Toteż zerwawszy się z ziemi biegiem ruszyłem do aresztu. Gdy dobiegałem do niego nagle w drzwiach zjawił się provost tego aresztu. Od jesieni 1939 roku nazwany przez kolegów bombowiec. W 1939 r. gdy szedł ulicą obozową i jeśli nawinął mu się ktoś, gonił go aż dosięgnął swoim pejczem, zakończonym ciężarkim ołowiu. A wreszcie krew bryzgała po ścianach - opowiadali koledzy, którzy w areszcie tym siedzieli. Tak się złożyło, że pierwszym aresztantem tego obozu, jeszcze pod koniec września 39 roku stałem się ja. Chociaż aresztu tego jeszcze nie było, założona została księga aresztantów. Tak więc, przez przypadek znalazłem się jako pierwszy wpisany do tej księgi. Na początku czerwca 1941 r. po niefortunnej ucieczce do kraju wpisany zostałem po raz drugi. Obecnie zaś, gdy mnie zobaczył ponownie, stojąc w drzwiach aresztu - wyciągnął rękę na moje powitanie. Za mną zaś biegli szef oflagu, dowódca warty i mój wachman, który mnie tu dostarczył. Ja zaśnie spodziewając się takiego przyjęcia, i będąc jeszcze oszołomiony uderzeniami przy wartowni, oraz widząc kogo mam przed sobą, stanąłem jak wryty nie wiedząc jak postąpić - czy podać rękę temu oprawcy, czy też nie. Jeśli mu podam, rozmyślałem, to gdy ten złapie moją rękę, pociągnie mnie ku sobie by lepiej mnie strzaskać. Zaś gdy nie podam, wówczas lanie będzie jeszcze lepsze. Tym bardziej, że za moimi plecami stanął już szef oflagu i dwaj inni oprawcy. Postanowiłem jednak wyjść w pół drogi. Wysunąłem jednak moją rękę, na wysokości biodra lekko do przodu, ponieważ ta chwila przeciągnęła się aż za długo. Ten zaś zauważył ruch mojej ręki, toteż złapawszy ją, wyciągnął na całą długość trzęsąc nią niemal że demonstracyjnie, że wita się z przyjacielem.
Szef oflagu widząc takie serdeczne witanie, zdumiony zapytał: a skąd ty go znasz?. Ten zaś trzęsąc nadal moją ręką nagle robi zwrot w lewo i, robiąc głęboki ukłon, zaprasza mnie do wejścia do aresztu. Ja zaś znając ten obiekt doskonale z miejsca ruszyłem ku drugim drzwiom, które prowadziły do cel. A tych cel było 20, po obu stronach korytarza. Ten zaś widząc mój zamiar woła mnie abym wszedł do jego biura. Za mną weszli moi oprawcy. Nie wiedząc co znowu może się tu stać, stanąłem na boku, zgarbiony. Ten zaś zaprasza mnie, abym zajął miejsce na krześle, które stało obok jego biurka. Nieśmiało usiadłem na rogu tego krzesła. Provost zaś, chcąc zaimponować swemu szefowi otwiera wielką księgę o wymiarach metra kwadratowego i wskazując paluchem mówi do szefa - widzisz! Jest on tu pierwszym aresztantem. Przewróciwszy kilka kart ciągnie paluchem po stronie zapisów i wskazując mówi: tu był drugi raz, a obecnie jest już trzeci raz! Ha-ha-ha -ha! Ja zaś nie dowierzając im oczekiwałem nowego lania. Szef zaś popatrzył na mnie, machnął ręką i wyszedł. Po chwili, po dokonaniu wpisu, rzekł nagle: ty musisz być głodny? I nie czekając na moją odpowiedź wskazał na menażkę stojącą przy jego biurku, i wskazując mówi: proszę bardzo, weź ją, wyciągając z szuflady bochenek chleba mówi, weź to ze sobą, potem wstając woła mnie, abym szedł za nim do celi.
Otworzywszy drzwi wszedł do środka, otworzył z kłódki deskę przylegającą do ściany i opuszczając ją powiedział: możesz leżeć ile chcesz, poczem zamknął drzwi. Ja natomiast, znając jego wcześniejsze zwyczaje, stałem nadal jak wryty, będąc oszołomiony tymi nowymi zwyczajami, jakie mnie tu zaskoczyły. Zacząłem się zastanawiać, co się też mogło stać, że tak bardzo się oni zmienili. Ponieważ był to początek września i pogoda była niemal że taka sama jak we wrześniu 1939 r., tak że na zewnątrz o drugiej po południu było bardzo gorąco, w murach aresztu poczułem chłodek, a mając deskę otwartą, zapraszającą mnie do odpoczynku, chętnie więc z zaproszenia skorzystałem. Następnego dnia zauważyłem, że areszt ten obsługują Francuzi, podając mi te same posiłki, co oficerom, wraz z dodatkami. W tydzień potem czułem się już wypoczęty i zacząłem myśleć nad swoją przyszłością. Każdego dnia wracając z umywalni, obserwowałem zawieszoną na drzwiach tabliczkę, czy nie ma na niej jakiegoś napisu. Ale zawsze był ten sam: Do wyjaśnienia. Jak długo ten okres może trwać - trudno przewidzieć. Wobec czego zacząłem rozmyślać jak też Wehrmacht ze mną postąpi. Po wielu rozważaniach doszedłem do wniosku, aby nie czekać co przyszłość przyniesie, lecz bierz los swój w swoje ręce. Obmyśliwałem różne warianty obrony. Obrona - ale przed kim? Już wcześniej usłyszałem od Niemców, że czeka cię sąd polowy! Czego więc mogłem się spodziewać od tego sądu? A więc jeśli będzie sąd to muszę mieć, prócz napadu na mnie z pistoletem w ręku jakieś inne alibi też, lecz jakie?
W areszcie tym siedziała jakaś grupa oficerów francuskich, lecz żadnej styczności nie mieliśmy ze sobą. Każdego dnia ich wpierw wypuszczano do umywalni, mnie zaś dopiero, gdy oni zostali zamknięci do cel. Natomiast ci Francuzi, którzy i mnie podawali posiłki, otwierali tylko drzwi i - mesje! - stawiali to co przynieśli na podłogę i szybko zamykali drzwi. Pod koniec drugiego tygodnia miałem już obmyślony plan działania. Tak więc, z niedzieli na poniedziałek, już po północy, zacząłem dzwonić do provosta. A przycisk do dzwonka elektrycznego był przy drzwiach. Wkrótce rozespany provost, zły że mu przerywam sen, z pyskiem otworzył drzwi pytając: dlaczego przerywam mu sen? Ja zaś będąc bardzo obolały i skurczony proszę go aby przyniósł mi menażkę wody, bo mam silne bóle brzucha i chcę sobie zrobić kompres. Ten zaś szorstko odpowiedział, że to ci nic nie pomoże. No to zaprowadź mnie na izbę chorych. Teraz, o północy? Tam nikogo nie ma. Czekaj do rana, odrzekł. Jeśli więc na izbie chorych nie ma nikogo, to może zaprowadzil byś mnie do szpitala, za drogą - radzę mu, myśląc sobie, a gdyby się to udało to jestem już zdrów. Wszystkie kłopoty z sądem polowym skończyłyby się. Provost natomiast trzasnął drzwiami i na tym się skończyło.
Rano, gdy Francuzi podali mi śniadanie, nie ruszyłem go, udając nadal ciężko chorego. Tuż przed dziesiątą drzwi się otwierają i provost woła mnie, abym szedł z nim na izbę chorych. Stękając, powolutku, ruszyłem za nim.
Izba chorych oddalona była zaledwie 100 metrów od aresztu, niemal że naprzeciw aresztu, w przedobozie. Gdyśmy znaleźli sie w izbie, stabsartz, hauptmann czekał już na mnie. Toteż gdy provost zameldował mu kogo tu przyprowadził, ja zaś skurczony i obolały stękając stanąłem za provostem. Hauptman zaś po wysłuchaniu raportu omijając provosta podchodzi do mnie i wyciągając rękę na powitanie, z uśmiechem, zaprasza mnie, abym położył się na stole, który mi wskazał. Ja zaś, powolutku i ostrożnie położyłem się rozpinając się również. Doktor zaś pytał mnie: gdzie cię boli? Ja zaś nie będąc pewny, czy właściwie wskazuję mu na miejsce bólu, dla upewnienia się wskazałem na obydwa boki. Doktor zaś bardzo leciutko dotknął mojej skóry i - nagle narobił hałasu, podrywając swoją załogę - sanitariuszy - podoficerów na nogi i - lose, lose, szybko wygotować mu rozkaz wyjazdu, wyznaczyć wachmana do transportu i wydając dalsze zlecenia, kazał mi odejść.
Obecny hauptmann jesienią 1939 r. był zaledwie podchorążym - lekarzem. Toteż gdyśmy znaleźli się w izbie chorych z miejsca go rozpoznałem i zasmuciłem się. Wiedziałem dobrze, że w 39 roku był psem, a dzisiaj - aniołem. Toteż gdy go zobaczyłem z miejsca głowę spuściłem ze smutkiem. Jakież więc było moje zdziwienie gdy on z uśmiechem podchodził do mnie. Nie wiedziałem, jak ja się mam tu zachować, i nie zmieniając swojej postawy bardzo obolałego opowiadałem mu, co mi się przydarzyło w nocy. Och ja, ja, potakiwał provost, w nocy narobił mi tyle hałasu, że zmarnowałem noc, przez niego. Ale - lose, lose, przynaglał hauptman.
Ledwie weszliśmy do aresztu provost z miejsca kazał mi się pakować, bo wachman wkrótce przyjdzie po ciebie. Tak też się stało, w niecałe pół godziny zgłosił się wachman po mnie, z rowerem. Gdy wyszedłem przed areszt, złożył mój majdan na rower i poprowadził na wartownię by mnie wypisać. Tam zaś dostał rozkaz by zgłosił się ze mną do szefa oflagu, który znajdował się w baraku, naprzeciwko wartowni, tuż przy bramie. Gdyśmy weszli na korytarz baraku zapukał do drzwi biura szefa. Gdy usłyszał wejść, zostawił mnie na korytarzu by zameldować się. Ponieważ drzwi były niedomknięte, usłyszałem jak szef oflagu niemalże rycząc kazał wprowadzić mnie do biura, nakazując mu wyjść i zamknąć drzwi. Ja zaś znowóż zgarbiłem się czekając co on ze mną chce tu zrobić, czy będzie tu jakieś lanie? Lecz gdy się już drzwi zamknęły, powstał od biurka, zapraszając mnie bym usiadł na krześle przy jego biurku.
Na biurku leżała paczka papierosów. Wziął ją do ręki - częstując mnie z uśmiechem. Podziękowałem mu, że nie palę. Ach kwach - odpowiedział. Otworzył szufladkę biurka, wyciągnął z niej dwie paczki Junoni - dając mi je powiedział, weź, mogą ci się przydać. I - wstając, ja też wstałem, mówi: człowieku, coś ty narobił? Czy ty wiesz, że czeka cię sąd polowy? Ja nie wiem, co się z tobą może stać. Czy ty zdajesz sobie sprawę w czyich rękach ty jesteś, czy ty wiesz, co się dzisiaj na wschodzie dzieje? Ty nie masz tu żadnych praw, zdmuchnięty możesz być jak proch! Usiadł na chwilę, poczem znowóż wstał i mówi: Her unteroffizier Ich enshuldingung Sie za moje przyjęcie ciebie przy wartowni kiedy zjawiłeś się w naszym obozie, ale wiedz, że musiałem tak postąpić wobec moich podkomendnych. Raz jeszcze przepraszam cię - i wzruszając ramionami powiedział, że nie wie, co też ze mną stać się może. Bądź zdrów! Życząc mi wyciąnął rękę na pożegnanie i - wachman, wachman, krzycząc, drzwi się otworzyły i wachman wszedłszy do biura głośno melduje się na rozkaz. Podchodząc do niego powiedział mu, żeby nie zmuszał mnie do dźwigania mojego bagażu bo jestem bardzo chory! Wachman odmeldował się i wyszliśmy. Za chwilę przeszliśmy przez bramę i kierując się w prawo, zapytałem go dokąd on mnie prowadzi, ten zaś mówi mi, że do jakiejś miejscowości. Ja zaś wskazując mu na szpital po lewej stronie drogi pytam go czy nie tutaj powinien mnie zaprowadzić? Oh nie! Twój szpital jest daleko. Dwa dni drogi! Hm. Mina mi zrzedła. Nie tak to się układa jak sobie umyśliłem.
Koniec epizodu pierwszego.
Epizod drugi! Konsekwencje pierwszego.
Do Hoyerswerdy do stacji kolejowej było dwa kilometry. Gdy pociąg nadszedł ruszyliśmy w nieznane. Po dwóch przesiadkach i w 22 godziny od chwili wyjazdu znaleźliśmy się u celi w Szmorkau. Gdyśmy znaleźli się na wartowni szpitala, dowódca warty oznajmił, że muszę wpierw być zbadany czy mnie tu przyjmą, czy też nie, dopiero potem może podpisać odbiór mojej osoby. Toteż wezwał telefonicznie kogoś. Po chwili przyszedł lekarz francuski i kazał położyć mi się na stole. Po chwili orzekł, że jestem zdrów i niech wartownik zabierze mnie z powrotem i wyszedł. Po jego wyjściu między wartownikami nastąpiła sprzeczka. Jeden mówił, aby mnie zabrał z powrotem, a mój wachman, że obowiązkiem jego było mnie tu dostarczyć i jego rola się skończyła. Jeśli nie chcecie go przyjąć to odstawcie go swoim wachmanem. Do widzenia. Gdy zaś zaczęli się kłocić, wówczas ja włączyłem się do tej sprzeczki pytając, czy nie ma tu lekarza polskiego? Oh ja! stimt das. Wyskakując przez wartownię woła oddalającego się lekarza francuskiego pytając go, czy jest tu lekarz polski. Ten odpowiedział mu, że jest. Wobec czego wrócił na wartownię i zaczął szukać telefonicznie polskiego lekarza. Po 15 minutach na wartownię wszedł on i pytając dowódcę warty po co go tu wzywał. Ten zaś wskazując na mnie powiedział mu, że lekarz francuski po zbadaniu mnie odmówił odbioru mnie, jako że jestem zdrów.
Wówczas lekarz polski powiedział, że zabiera mnie. No to podpisz odbiór jego. Podpisał bez badania. Ledwie żeśmy wyszli na zewnątrz, doktor przedstawił mi się, że nazywa się Zygmunt Firyn i zapytał dlaczego tu zostałem przysłany? Z miejsca opowiedziałem mu moje perypetie w Ruhland, prosząc go o pomoc i dobrą radę. Zwolniwszy kroku orzekł, że w tej chwili nie jest w stanie coś mi doradzić, lecz że weźmie mnie na obserwację dopóki się da, a potem może coś wymyśli. Zaprowadził mnie na izbę nowoprzybyłych.
Tak to trwało do 9 października 1941 roku. Wtedy około godziny 11 przed południem wpada na naszą izbę wystraszony i mówi do mnie: Kowalik, źle z tobą. Stabsartz otrzymał telefon z Gestapo, które domaga się wydania cię w ich ręce, lecz nie wie, w jakim stanie jestem. Wołał mnie abym mu sprawę opisał co ze mną się dzieje. W jakim stanie jestem, bo hauptmann musi dać odpowiedź. Co on powinien ze mną zrobić. Słuchaj Kowalik, sprawa jest krytyczna, w tej chwili musisz zdecydować co on ma ze mną zrobić. Powiedziałem stabsartzowi, że jesteś krytycznie chory i że musisz być operowany. Co ja mam powiedzieć stabsartzowi?
Ja zaś zapytuję doktora, co on mi radzi w tej sytuacji. Ten zaś odpowiada: albo operacja, albo idziesz w ręce Gestapo, innego wyjścia nie ma - odrzekł lekarz. Gdy ja zwlekałem z odpowiedzią, dr Firyn zaczął się denerwować, że zwlekam z odpowiedzią. Raz jeszcze pytam go, co mi radzi. Jak mam postąpić. Ten zaś odpowiada: wiesz dobrze, co cię czeka - decyduj. Już w tej chwili bo hauptmann czeka na moją decyzję. Ja znowóż wymijająco dopytuję się jak taka operacja wygląda, czy to jest mądre jak ja wyrażę zgodę na operację? Doktor zaś już trzęsący się ze strachu czy też ze złości że marudzę niemal z płaczem mówił - decyduj, już w tej chwli, bo stabsartz czeka na mnie! Wobec ociągania się przeze mnie doktor niemal że trzęsący się mówi: już w tej chwili! Mów co mam hauptmanowi powiedzieć. A więc zgadzam się na operację - odpowiedziałem. Doktor aż stęknął i wyszedł, zapowiadając, że wkrótce wróci do spisania danych personalnych. W godzinę później przyszedł z formularzem spisując moje dane osobiste oraz to, że wyrażam zgodę na przeprowadzenie takiej to a takiej operacji. Podpisałem.
O pierwszej po południu przyjdzie tu po ciebie sanitariusz Herman, który zabierze cię na salę operacyjną, poinformował mnie lekarz, po spisaniu danych personalnych. O pierwszej przybył Herman i zaprowadził mnie do szpitala, gdzie mieściła się sala operacyjna. Szpital ten otwarty został miesiąc przed moim przybyciem tutaj. Cały ten obiekt to zabudowania byłego folwarku. Stajnie i obory po oszprycowaniu wapnem i po zabijaniu koryt deskami, wstawiono żelazne łóżka i szpital jest gotowy. W byłym spichlerzu zrobiono salę operacyjną.
Gdy leżałem już na stole operacyjnym przyszedł doktor Firyn i zaczął mnie przygotowywać do operacji, aplikując mi zastrzyk morfiny w kręgosłup jak i w lokalnym miejscu cięć skóry, poczem mówi mi, że operowany będę na żywca! Wtedy to zacząłem się z nim targować, pytając, czy ja to wytrzymam? Musisz wytrzymać, jeśli nie chcesz to gestapo zrobi ci lepszą operację. Mówi mi więc, że operował będzie bez narkozy, bowiem od tej końskiej narkozy 80 procent chorych umiera, a to z powodu tego, że w chwili gdy zaczynają się budzić po operacji, zazwyczaj następuje kaszel, który szarpiąc brzuchem zrywa szwy pooperacyjne i w ciągu dwóch tygodni następuje gangrena i chory umiera. Abyś tego uniknął zoperuję cię moją metodą, abyś żył! W tej chwili nie ma już odwrotu. Leż cicho i musisz wytrzymać. Przed oczyma zasłonięto mnie prześcieradłem, a po chwili słyszę jak to na wanienkę padają narzędzia.
Operacja, która trwać miała 1/2 godziny przeciągnęła się w 1 i 1/2. Cierpiałem strasznie, a jeszcze lepiej krzyczałem. W końcu już osłabiony skomlałem tylko z braku sił. Wreszcie skończyło się. Przeniesiono mnie na izbę pooperacyjną. Tu zaś zacząłem odczuwać niesamowite bóle kręgosłupa. A to dlatego, że siennik wypełniony był wiórkami drzewnymi, które tworzyły świty. Toteż już następnego dnia po operacji prosiłem Hermana, by roztrząsł mi te świty, bowiem tworzą góry - doliny, co sprawia mi wielkie bóle. Trzeciego dnia doktor ściągnął mnie z łóżka stawiając mnie na nogi. Oh! myślałem, że skonam z bólu, że wszystkie wnętrzności przesuwają mi się w dół. Po minucie zostałem ułożony w łóżku cierpiąc na inne bóle. Następnego dnia znowóż to sam lecz dłużej. Po tygodniu zdolny już byłem maszerować na długość łóżka. Po dwóch tygodniach zostałem już wypisany z sali pooperacyjnej na izbę ozdrowieńców. Zostałem uratowany! Tak było do końca listopada, kiedy to dr Firyn znowóż wpadł podniecony na nasza izbę i mówi mi, że stabsartz otrzymał rozkaz dostarczenia mnie do stalagu bez względu na stan mojego zdrowia. Że w tej chwili nie ma już odwołania! Nakazał przygotować mi się bo za 1/2 godziny zgłosi się po mnie wartownik. No cóż? Podziękowałem doktorowi za jego wyczyn medyczny, którego jeńcy francuscy bardzo mi zazdrościli naszego lekarza-cudotwórcę!
I na tym kończy się niniejszy epizod.
Epizod trzeci
Działo się to w końcu marca 1943 r. w 24 batalionie karnym budowlanym dla jeńców wojennych Kampanii Wrześniowej w Kielu/Kilonii.
Wiedzieć należy, że ci polscy jeńcy wojenni, którzy latem 1940 r. lub też później nie przeszli na statut cywilny, czyli robotnika cywilnego, uchodzili za karnych. Ale tych karnych było kilka poziomów. A dla pewnych wybranych, którzy w oczach Wehrmachtu uchodzili nie tylko za niepokornych, ale wręcz za niebezpiecznych, tworzono odrębną opiekę, tworząc z nich specjalne bataliony karnej pracy. Głównie przy budowie ciężkich bunkrów żelbetonowych. Zazwyczaj bataliony takie tworzone były na szczeblu dywizji i wyodrębniane były z poszczególnych stalagów i pod nadzorem Wehrmachtu. Z tym, że roboty budowlane nadzorowane były przez majstrów cywilnych.
Wprawdzie, nie wszyscy nasi jeńcy tego zaszczytu dostąpili, bowiem do końca wojny pracowali też i u bambrów.
Osobiście do takiego batalionu pracy trafiłem w końcu listopada 1942 roku, po kilku dość przyjemnych przygodach. Ale to już inne zagadnienie kryminalne.
Prace w tym batalionie polegały na zwożeniu materiałów budowlanych jak: cement, piasek, żelazo, drewno, maszyny/betoniarki. Gdy materiały zostały zgromadzone, przystępowano do zbrojeń przyszłych odlewów betonowych itp. prace przygotowawcze. A gdy już jakaś partia do odlewu betnu była gotowa, wówczas, w zależności od partii odlew betonu szedł: 12 - 20 - 30 - 40 a nawet 60 godzin jednym ciągiem. A do takiej partii sprowadzano do pomocy drugą kompanię. A gdy odlew taki przerywany był nalotami angielskimi, wówczas prace te szły w nieskończoność. O co zresztą Boga prosiliśmy! Odlew takiej partii należał jednak do lżejszych prac. Gorzej bywało przy zwożeniu i składaniu cementu. Wówczas, w ciągu jednego dnia ew. okazji do składania z wozu ciężarowego do szopy ew. i odwrotnie, wypadło dźwigać nam co najmniej 400-500 worków dziennie. W zależności od okoliczności. Przy tego rodzaju okazji cement miało się w nosie, w ustach, za kołnierzem, w oczach i w płucach. Sęk tylko w tym, że przeciętnie, każdy z nas, w tym czasie ważył od 100 do 70 funtów żywej wagi. A worek papierowy cementu ważył równe 100 funtów. Do budowy ciężkiego bunkra na przykład do 5-piętrowego ew. innego, były bowiem różne modele budowane, potrzeba było kilkanaście tysięcy worków cementu.Tak więc wszystkie musiały przejść przez nasze ramiona, szyje, barki. Toteż kto chciał sobie posłuchać nocnego koncertu na budzie, wówczas mieli okazję posłuchać: rzężenia płuc, świszczącego kaszlu, płaczliwego stękania i przewracania się na bok, a nawet przyłowywania mamy.
O tych sprawach dotychczas się nie pisało, no bo komór gazowych tam nie było. No i Żydów też. A jeśli komuś się to sprzykrzyło i postanowił uciekać, no to po złapaniu nieszczęsnych sprowadzano do Kielu i rozstrzeliwano pragnących ucieczki.
Do składania cementu z wozów ciężarowych do szopy ew. odwrotnie potrzeba było zazwyczaj 12 chłopa. Szarość każdego dnia była bezwzględna. Jedyną rozrywką były dla nas naloty samolotów angielskich. Z okazji takiej chętnie korzystaliśmy bowiem była okazja odpocząć, a że prace się przedłużały, to na jedno nam wychodziło.
Tak więc, ponieważ w tym czasie ważyłem zaledwie 70 funtów, nic więc dziwnego, że moja wydajność pracy była niewytarczająca. A więc okazja do czepiania się mnie. Stąd stale utarczki z wachmanami. A ponieważ do pokornych nie należałem, nic więc dziwnego, że wyższej wydajności pracy ze mnie wydusić nie mogli. Mimo nawet moich największych chęci!
Ażeby ze mną wreszcie skończyć, w końcu marca 1943 roku wyznaczony został jeśli nie przez dowódcę batalionu to przez dowódcę kompanii hauptmanna Shone egzekutor, a został nim obergefreiter Junghans! Miał ucho obcięte i przecięty obojczyk przez polskiego ułana, gdzieś na Pomorzu w 1939 r. Jego więc wyznaczono do rozprawienia się ze mną. W poniedziałek zaraz z rana, ledwie żeśmy rozpoczęli składanie cementu do szopy, zjawił się nagle Junghans i wywołując mój numa (numer), kiwnął głową, abym poszedł za nim. Zaprowadził mnie do dopiero co wybudowanego bunkra 5-piętrowego. Weszliśmy na to piętro, przeszliśmy dużą salę i weszliśmy do małej salki. Zamknął stalowe drzwi i tuż przy nich się rozkraczył. Światło już tam było zainstalowane. Na podłodze była kupa gruzu betonowego, wiadro i łopata. Ledwie się znaleźliśmy, od razu zrozumiałem o co chodzi. Z góry wiedziałem, że wymaganiom wachamana nie podołam, bowiem wiadro gruzu betonu waży 3 razy tyle co wody. Gdy nakazał ładować mi i wynosić, z góry wiedziałem co mnie tu czeka i po co on mnie tu przyprowadził. Nie spodziewałem się jednak, że aż tak brutalnie zabierze się do mnie. Toteż gdy naładowałem 1/2 wiadra i zabrałem się do udźwignięcia, ten z miejsca kazał ładować mi do pełnego. Wówczas odrzekłem mu, że ja tego nie uniosę! Ten zaś z miejsca uniósł karabin do góry i łudziłem się przez chwilę, że jednak się nie dopuści do tego czynu. Toteż widząc, że nie tylko podniósł karabin do góry, ale z miejsca zaczął ryczeć, widząc jego zamiar trochę za późno wyrzuciłem moje dłonie do góry, by zniwelować jego uderzenie. Ten pierwszy cios był najgroźniejszy w skutkach. Miliardy gwiazd zobaczyłem w głowie. Oczywiście ciemno i jasno, ból, wstrząs, szok! Błyskawicznie zacząłem myśleć, jak się tu z tej opresji wydostać jako tako cały. Rzucić się na niego to sytuacji nie rozwiązuje, bowiem z miejsca zastrzeli mnie. Ponieważ nadal stał przy drzwiach, rozkraczony, błyskawicznie więc wykombinowałem, żebym ja się właśnie znalazł przy tych drzwiach. Tak więc gdy za drugim uderzeniem znowóż ujrzałem miliardy gwiazd, zrobiłem krok w prawo, skutkiem czego i on posunął się krok w prawo. Gdy ten coraz bardziej rozwścieczony zaaferowany był uderzeniami we mnie, ja tym bardziej odrzucałem karabin ten do góry robiąc większe kroki w prawo. Toteż gdy za 7 zamachem ja się znalazłem tuż przy drzwiach, a on przesunął się o 180 st. wówczas, za siódmym zamachem gdy lufa karabinu znalazła się na mojej głowie lufę tę złapałem i zacząłem ciągnąć do siebie. Ten zaś zaskoczony moim manewrem pociągnął ku sobie. Ja znowóż ku mnie jeszcze mocniej i nagle puściłem lufę. Ten zaśustawił się jeszcze mocniej i pociągnął karabin ku sobie lecz nie mając oporu, zatoczył się do tyłu, a ja bęc we drzwi i uciekając z krzykiem zatrząsnąłem te stalowe drzwi i krzycząc oraz dając susy poprzez salę jak na klatce schodowej, którą jednym susem przeskakiwałem, z krzykiem, że jestem mordowany wyskoczyłem z bunkra pędząc ku szopie, do moich kolegów. Jeszcze tam nie dobiegłem, a zauważyłem, że w międzyczasie przybyli tam: szef kompanii feldfebel i szprachleiter (tłumacz przysięgły w stopniu oficera - folksdeutsch), którzy ustawili się na boku. Ja zaś narobiłem krzyku i hałasu chroniąc się w szopie. Junghans natomiast przybiegł za mną jakieś 3 minuty później. Gdy zobaczył szefa, z miejsca podbiegł meldować im co i jak tam zaszło. Ja natomiast w dalszym ciągu krzyczałem, że mnie mordują, że mordują. Wtedy to feldfebel zarządził abym szedł do aresztu kompanijnego. Półbiegiem tam szedłem, a oni za mną. Gdyśmy znaleźli się w naszej szkole, bo tam były nasze kwatery, z uwagi na częste bombardowania Kielu, gdyśmy znaleźli się w hallu, feldfebel zarządził aby Bień, sprachleiter (Ślązak) zaprowadził mnie do aresztu. Aby się tam dostać, trzeba było w wysokim poddaszu postawić drabinę, aby dostać się do kurnika w samym szczycie dachu. Gdy tam wszedłem, drabinę zdjęto. A sufit mój od sufitu dolnego znajdował się jakieś 8 metrów niżej. Ponieważ przez szpary od desek jak i od dachówek był tam przepiękny widok na zatokę kilońską, od razu poczułem się dobrze, chłonąc świeże powietrze. Po trzech dniach bez chleba i wody sprowadzono mnie na dół, nakazując mi się ogolić, bo stanę do raportu do dow. kompanii i bym za 1/2 godziny był gotów. Gdy zameldowałem się w korytarzu przy kancelarii, wówczas doszedł drugi sprachleiter - Resler z Łodzi. Oni to wprowadzili mnie do kancelarii i zatrzymaliśmy się przy barierce przy drzwiach, meldując hauptmannowi gotowość do raportu. Wówczas hauptmann powstał od swojego biurka, podszedł ku barierce gdzie raz jeszcze przyjął raport gotowości. Wówczas hauptmann zawołał pisarka kompanijnego aby przyniósł kałamarz i obsadkę i wręczając pisarkowi gotowy już protokół z zajścia ze mną i z Junghansem nakazał mu czytać, a sprachleisterom tłumaczyć. Gdy czytanie się skończyło, a zarazem tłumaczenie hauptmann zapytał, a tłumacze zapytali mnie: czy zrozumiałem treść protokółu. Odpowiedziałem, że tak. No to podpisz - rozkazał hauptmann. Ja tego nie podpiszę - z miejsca odrzełem. Dlaczego nie - zapytał zdziwiony hauptmann. No bo wyroku śmierci na siebie nie myślę podpisywać - odpowiedziałem.
Wówczas hauptmann ryknął: zmuście go! Wtedy to obaj tłumaze złapali mnie za ramiona jak i za moją prawą rękę. Pisarek wepchnął mi obsadkę w palce. Tłumacze zaś ścisnęli moją praw dłoń, prowadząc obsadkę ku papierowi. Ja zaś widząc co się święci skuliłem się w ramionach tak, że usunąłem się im na podłogę. Wówczas hauptmann ryknął jeszcze raz - zmusić go! Wtedy to tłumacze jeszcze bardziej ścisnęli mnie, wpychając obsadkę w moją rękę, ściskając palce i prowadząc - oboje, oburącz starali się doprowadzić moją rękę do papieru. Kiedy zaczęli już literę S, wtedy ja ostro szarpnąłem w dół, robiąc w protokole dziurę jak i duży kleks. Wówczas wszystko zbaraniało! Pierwszy ocknął się hauptmann i ryknął: - Wyrzucić go! Wtedy obaj oprawcy łapiąc mnie za ręce, rozbujali i bęc we drzwi, tyłem. Drzwi prysnęły do tyłu, a ja zaś potoczyłem się tyłem poprzez szerokość korytarza do ściany. Odbiłem się i padłem plackiem na nos, zakrywając sobie rękami głowę. Ci zaś skoczyli do mnie, kopiąc mnie po bokach. Ja zaś zerwałem się i uciekłem na górę do mojej kwatery. Dali mi spokój!
Spokój ten miałem przez kilka dni. Aż tu nagle, 13 kwietnia 1943 r. Radio Rundfunk nadało wiadomość o odkryciu masowych mordów sowieckich w Katyniu. Powszechna konsternacja. Tego samego dnia około południa przyszedł Bień i kazał zgłosić mi się do raportu do hauptmanna. Gdy się tam zjawiłem ubrany był pod szablą, oznajmił mi, że wkrótce wygotowany zostanie drugi protokół, a może nawet, że taki już został wysłany do sądu Wehrmachu do Hamburga i że utraciłem przywilej pracy. Bardzo się tym zmartwiłem - mówiąc do Bienia, że ja pracować chcę, lecz nie mam sił!
Hauptmann kazał mi odejść. 10 maja 1943 r. nastąpił mój wyjazd do więzienia Wehrmachtu. 12 maja przybyłem do Germesheim.
Podobnych historyjek miałem aż trzy. Wszystkie trzy śmiercionośnie, kryminalne, tragiczne i okrutne. Ale za takie traktowanie Wehrmacht nie odpowiada za występki kryminalne. Tak to orzekł znawca prawa międzynarodowego, jak i to, że Wehrmacht traktował jeńców polskich po ludzku - orzekł mecenas Les Kuczyński, opiekun polonijnych ofiar Niemiec, bowiem jeńcy podlegają prawom wojny.
Obrachunek Polaków
Druga wojna światowa wybuchła nie z powodu Żydów lecz tylko z chęci narodu niemieckiego panowania nad światem. 95 procent Niemców uwielbiało Hitlera. Wymordowanie 3 milionów Żydów był to już produkt uboczny, tak przy okazji! W Polsce przedwojennej żyło 3 i 1/2 miliona Żydów. Jeśli wymordowano ich 2 miliony, to pozostało jednak 1 i 1/2 miliona. W okresie przedwojennym Polska liczyła ponad 35 milionów mieszkańców, jeśli więc ubyło Żydów polskich 2 miliony oraz 2 miliony mniejszości narodowych, to Polakow powinno odliczyć się, po wojnie 31 milionów, gdy tymczasem statystyki powojenne wykazały 25 milionów Polaków. Z powyższego wynika, że Polaków w czasie wojny wyginęło, oprócz polskich Żydów, około 6 milionów.
Biorąc więc przybliżone dane statystyczne do odszkodowań niemieckich powinno się liczyć około 6 mln Polaków. Tymczasem Żydzi dostali 60 + 2,555 bilionów dolarów odszkodowań niemieckich, czyli razem 62 biliony 555 milionów dolarów odszkodowań od Niemców. Jakaż tu wielka dysproporcja w stosunku do tego co eksperci przeznaczyli Polakom.
A jak wiadomo, ekspertami tymi są sami Żydzi, z wyjątkiem może Eisenstata, tak w Stanach Zjednoczonych jak i w Niemczech, jak i w Polsce. Nic więc dziwnego, że świat należy do Niemców i Żydów. Polacy rozproszeni po świecie ginęli w różnych krajach, a najwięcej w Rosji Sowieckiej, lecz kto tu może zliczyć te ofiary polskie?
Wyznaczenie 5 bilionów dolarów do podziału dla 240 tysięcy pokrzywdzonych, ilość brana pod uwagę świadczy, że Polska zgłosiła zaniżoną liczbę Polaków do odszkodowań. Nie tak dawno czytałem w jednej z gazet polonijnych, że w Polsce z tego funduszu korzysta 480 tysięcy Polaków. A więc w samej Polsce liczba korzystająca z tych wypłat jest dwa razy większa niż liczba zgłoszonych do wzięcia pod uwagę przez waszyngtoński komitet rozrachunkowy. Warto wiec zbadać i tę hucpę. Ale czy mecenas Les Kuczyński może podołać temu?
Stefan Kowalik
|