Makabra
Lepiej o tych sprawach nie mówić i nie pisać, bo komu to potrzebne?
W czwartek, 12 maja 2005 r. z okazji Dnia Marszałka Józefa Piłsudskiego, w programi radiowym Otwarty Mikrofon rozwinęła się większa dysputa na tematy polityczno-wojskowo-wojenne. Powodem tej debaty stał się artykuł znanego amerykańskiego polityka jak i wybitnego komentatora politycznego, tak w prasie, jak i w telewizji - Buhanana. On to w swoich wywodach wskazywał ostatnio, że państwa zachodnie II wojnę światową przegrały, bowiem wojna ta zaczęła się w Polsce i cały czas walczono o zachowanie Polski niepodległej, gdy tymczasem w końcu wojny mocarstwa zachodnie Polskę zdradziły. Dowodem czego jest to, że Polska od zakończenia II wojny światowej wepchniętna została, właśnie przez te państwa sojusznicze Polski, w szpony sowieckie!
W związku z powyższym szereg dyskutantów b. rzeczowo oceniały argumenty Buhanana jak i stanowisko pani Łucji Śliwy, która to komentarze Buhanan wniosła na swój program. Wystąpił jednak pewien gość, który udowadniał, że Rosja Sowiecka poniosła największe straty w ludziach. Tego rodzaju poglay nie od teraz były i są wyrażane. Bieda tylko w tym, że opinie te oparte są na ilościach, a nie na pojemnościach danego państwa. Dyskutant ten zachłysnął się sowieckimi stratami ludzkimi zapominając o stratach ludności polskiej, w tym okresie. Strata 6 milionów żołnierzy sowickich wobec 180 milionów ludności Sowietów to nie to samo, co strata ponad 6 mlionów obywateli polskich liczącej 34 miliony. W tego rodzaju wywoadach sprawę należy traktować procentowo, a nie liczbowo, co daje odmienne rezultaty.
Mówiąc o stratach 6 milionów żołnierzy sowieckich, dyskutant ten nie wie o tym, że w okresie rozpoczęcia wojny niemiecko-sowieckiej 22 czerwca 1941 r. do Bożego Narodzenia, kiedy to armia niemiecka stanęła u bram Moskwy, do niewoli niemieckiej przechodziły całe dywizje bez boju, łudząc się, że Niemcy użyją ich do walki z komuną. Tymczasem wodzowie tych dywizji mocno się zawiedli! Dywizje te po rozbrojeniu, odsyłane były na tyły, etapami, aż wreszcie trafiały do stalagów w śodkowych Niemczech. Masy z nich były tak już wycieńczone, jak i schorowane, że w obozach tych dziesiątkami tysięcy wymierali. A gdy jedno i drugie zostało ujarzmione, odtąd każdy napływający transport do któregoś ze stalagów przechodził swoistą indoktrynację niemiecką. Tak było przynajmniej w stalagu IV B w Muhlbergu nad Łabą jak i w pobliskim podobozie w Zeitheim blisko Rysy. W okresie od lipca 1941 roku do końca listopada, tylko w jednym obozie zmarło na tyfus 90 tysięcy, a w pobliskim Zeitheim tylko 30 tysięcy. W okresie zimowym 1941-42 dzienne transporty nieboszczyków na cmentarz wynosiły od 9900 do 1200. I stan ten był regularny! Dzień i noc między stalagiem a cmentarzem karawany wiozące trupów do mogił zbiorowych po 10 tysięcy. 25 trupów załadowanych na wóz taborowy ciągnęło i popychało 25 trupów żywych. Karawany te krążyły 24 godziny bez przerwy. Chyba, że duża śnieżyca przeszkadzała. W obozie trupy te składane były w jednym z baraków, opróżnionym z prycz. Barak ten wypełniony był trupami aż pod dach. A ci co mieli do niego dostęp, wycinali nieboszczykom wątrobę i handlowali nią. A ponieważ nikomu nie wolno było mieć noży czy czegoś ostrego, bo groziło to rozstrzelaniem na miejscu, przeto cwaniaczki ostrzyli sobie żyłi na kamieniach, które służyły im za noże. Załadunkiem mosowych grobów nadzorowali jeńcy francuscy.
Skąd ja to wiem?
W koncu listopada 1941 roku trafiłem tam do karnej kompanii. Kompania ta była odizolowana od obozu i ulokowana tuż przy bramie głównej. Będąc w niej przez pół roku, ponieważ brama ta była b. dobrze oświetlona mieliśmy dobry wgląd co się na niej działo, w dzień i w noc. A jakie się tam nieraz działy rzeczy to aż trudno opisać. Na tej samej wysokości co był nasz barak umiejscowiona została łaźnia obozowa, tylko że przy rogu obozu, tuż przy płocie. Stąd więc mieliśmy podwójny wgląd na to, co się tu i tam działo. Latem - to pół biedy, ale zimą?
Niemcy to kulturalny naród. W obozie naszym komór gazowych nie było. Nikogo kominem na drugi świat nie wyekspediowano. Ale masowe niszczeni ludzi odbywało się w ten sposób, a prawdopodobnie Niemcy ten zwyczaj zapożyczyli sobie od Rosjan, przeto te same metody stosowali względem Rusków. Co pwien czas trzeba było prowadzić baraki nie tylko do kąpieli, ale też i zarazem do dezyfektorni. Komora gazowa znajdowała się tuż przy łaźni. To też do łaźni tej sprowadzano kilka barakó na raz. A każdy barak liczył sobie 500 chłopa. Tak więc ten pierwszy barak przybyły do łaźni, gdy się rozebrali, wieszali swoje ciuchy na specjalnych wieszakach na wózkach. Wózki te wpychane były do komory gazowej, a ci rozebrani w tym czasie się myli, poczem wypuszczani byli na zewnątrz przy temperaturze -25 C, -30 C i suszyli się na mrozie. Natomiasat gdy pierwszy barak się już kąpał, drugi barak był już gotowy do wejścia do kąpiel i stał pod drzwiami. Natomiast barak trzeci i czwarty tez już byli rozebrani, wieszając ciuchy na wózkach. Ale wieszanie ich wykonywało zaledwie kilkunastu, natomiast reszta ogrzewając się swoim ciałem grupowali się w gromady, podskakując w miejscu. Widoczne były wypadki zatykania sobie odbytnicy palcami, aby wstrzymać upływającą krew. Ponieważ wszystkich suszył mróz, przeto nic dziwnego, że śmiertelność wśród nich była bardzo wysoka.
Natomiast w okresie wiosenno-letnio-jesiennym Wehrmach miał inne metody niszczenia masowego. Każdy barak zaraz po apelu porannym odbywał na swym wyznaczonym placu specjalne ćwiczenia. Komendantem każdego baraku był obergefreiter, a jego zastępca szeregowy - gemaine, bodajże. Ów komendant do pomocy miał co najmniej 25 oprawców, spośród tych, przeszli wcześniej na współpracę z Wehrmachtem. Były to silnie zbudowane typy, chodzący w okutych budach z cholewami. Po prostu draby! Ćwiczenie takie prowadził zastępca komendanta. Komendant zaś stał pod barakiem i obserwował przebieg tychże ćwiczeń. W odpowiednim czasie wicekomendant zaczął wydawać komendy biegiem marsz, padnij, powstań i znowóż biegiem marsz. W każdej kompanii wojska tak było, jest i będzie, że na komendę padnij, najsampierw padają ci od czoła, a następnie następne rzędy czy też piątki, czwórki, trójki aż do końca. Falowo. W tym wypadku zaraz po komendzie padnij, co co jeszcze nie zdążyli padnąć, bowiem ich poprzednicy jeszcze nie zdążyli paść, wtedy to w szeregi tych, co jeszcze nie padli, wśród tych co już padli wskakiwali ci pomocnicy oprawcy z pejczami, zakończonymi ciężarkiem z ołowiu i waląc na prawo i lewo ujeżdżali sobie ile wlezie. A gdy z danego pola ćwiczeń barak przesunął się dalej, od komendanta spod baraku wyskakiwali oprawcy porządkowi, ściągając tych, z pola uboju, co już wstać nie mogli. Ćwiczenia takie trwały zawsze dwie godziny. A każdy nowo przybyły transport tu już w obozie zapytywany był: kto chce współpracować z nami na prawo, a ci co nie - na lewo. W ten sposób selekcjonowano nowoprzybyłych. Ale to się działo dużo później bo w 1942 roku dopiero.
Tych więc co przeszli na współpracę z Wehrmachtem odsyłano do specjalnych obozów na dostosowanie ich do poszczególnych zadań pomocniczych Wehrmachtu. Tych opornych rozsyłano zaś po komandach pracy. Znałem komando takie co w grudniu pracowało, boso przy osuszaniu bagien na Łużycach. Wyniki z góry do przewidzenia. A takich stalagów jak IV B było więcej. Słyszałem, że w twierdzy Torgau wcale nie było lepiej, dla nich warunki jak w Muhlbergu.
Będąc w Muhlbergu cały rok, mogłem być świadkiem różnorodnych sytuacji. Gdy przez pół roku byłem w karnej kompanii, widziałem co się działo na bramie jak i przy łaźni. Gdy w końcu maja 1942 r. zostałem zwolniony na obóz, wówczas widziałem, co się działo w sowieckim sektorze. Tak więc twierdziłem i twierdzę, ze w pasie Łaby od Hamburga do Pragi zlikwidowano przynajmniej dwa miliony jeńców sowieckich. Ale o tym się nie pisze, jak i nie mówi. Bowiem Niemcy z Rosją mieli i mają swoje osobiste porachunki. Obrazkiem czego może być historia wzięcia do niewoli sowieckiej coś 450-tysięcznej armii generała Paulusa po przegranej bitwie pod Stalingradem. Do Niemiec powróciło ich zaledwie, tak słyszałem, 27 tysięcy.
Coż więc dl anich znaczy, tak Niemców jak i Rosjan, jakies tam 25 tysięcy wymordowanych polskich jeńców wojennych w różnych Katyniach? Dla nich to pestka! Po prostu nie ma o czym mówić.
Mimo, że 25 lat temu opisałem te makabryczne sceny w książce pt. Tak było, dotychczas nie słyszałem aby kogoś to zainteresowało. A książek tych wydałem tysiąc egzemplarzy. I nic. Cisza. Znalazły się też tam i inne ciekawe obrazki z życia wojennego, lecz kogo to może obchodzić, jeśli jego nie dotyka?
Na stosunki niemiecko- rosyjskie i na odwrót patrzeć należy inaczej niż na stosunki normalnych państw. Między nimi istnieje inne spojrzenie, na te same sprawy patrzą jak inne narody. A to dlatego, że ludobójstwo dla nich to rzecz powszednia!
Jak wiadomo, armiom naszych Aliantów Enigma spadła jak jabło z nieba. Enigma uratowała armiom naszych Aliantów dziesiątki tysięcy żołnierzy. To właśnie dzięki Enigmie sztaby dowództw alianckich wcześniej wiedziały co sztaby Wehrmachtu czy też Hitlera samego planowały od sztabów niemieckich niższego rzędu. Dotyczyło to planów Wehrmachtu, lotnictwa jak i marynarki wojennej. Aby Niemców to czasem nie zaskoczyło, że Anglicy czy też Amerykanie w miejscach gdzie jeszcze jakieś akcje się nie rozpoczęły, jednostki alianckie już tam czekały na nich, w pewnej sytuacji, Anglicy nie chcąc się zdradzić, że dobrze wiedzą, co Niemcy zaplanowali, woleli poświęcić nawet miasto Birmingham na zbombardowanie niż żeby Niemcy kapnęli się, że Anglicy wiedzą coś więcej. Nieraz i nie dwa celowo udawali spóźnioną reakcję.
Z Rosją Sowiecką było zaś inaczej:
Sztab armii sowieckiej latami wychowywał sobie sztabowego agenta w Niemczech. Jeszcze przed dojściem Hitlera do władzy, Sowieci skaptowali sobie młodego, a zdolnego niemieckiego reportera, władającego kilkoma językami obcymi z Frankfurter Zeitung. Agent ten sterowany był od akcji do akcji, z miejsca na miejsce, lecz stale piął się wzwyż w hierarchii reporterów prasowych, a następnie reporterów wojskowych, tak krajowych jak i zagranicznych.
Z Frankfurter Zeitung przeniesiony został na wyższe stanowisko do berlińskiego Beobachter Zeitung do reportaży wojskowych. Na skutek rzeczowych analiz polityki zagranicznej pańtw europejskich jak i również amerykańskich oraz państw Dalekiego Wschodu, zawsze w związku z jakimś ważniejszym wydarzeniem światowym, reporter ten piął się wyżej, aż zainteresował się nim sztab główny Wehrmachtu. Sztab ten życzył sobie mieć go wśród siebie, tak że z miejsca przeniesiony został na pozycję reportera sztabu Wehrmachtu. Tu zaś miał już kontakty z różnymi attachetami wojsk różnych państw, a w tym i ze sztabowcami japońskimi. Na czym najwięcej zależało. Lata płynęły! Wobec jego zainteresowań sprawami Dalekiego Wschodu, a zwłaszcza, w tym czasie wypadkami zachądzącymi w Mandżurii jak i w Chinach sztab niemiecki chciał tam mieć swojego obserwatora i wybór padł właśnie na Ryszarda Sorge. Od tej pory dostał akredytację przy sztabie głównym armii japońskiej w Tokio.
Niemcy w tym czasie na Dalekim Wschodzie mieli tam swoich obserwatorów, ale oni byli handlowcami. Jeden był w Kantonie, a drugi w Pekinie. Wiadomości napływające od nich nie zadawalały sztabu niemieckiego, przeto wysłano tam swego zaufanego! Ten zaś gdy się już zadomowił w Tokiio, wybrał się na inspekcje terenu. To zanczy do Kantonu, a następnie do Pekinu. Pod byle jakim pozorem, niby to w celach poznawczych Chin, tułał się po Chinach aż spełnił swoje życzenie, ustawiając swych informatorów na wyższy poziom przekazywania informacji. Po pewnym czasie udał się też i do Mongolii. Tam zaś przypadkowo spotkał się z polskim podróżnikiem, z Poznania, Aleksandrem Jahtą. To on właśnie pierwszy po wojnie wytropił z serii nowinek światowych nazwisko tegoż agenta sowieckiego w sztabie japońskim. Tak się działo do wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej w 1941 r.
Całą akcją Ryszarda Sorge sterował wywiad sowiecki. On to, Sorge za zadanie miał kontaktować się tylko z biurem Stalina, z nikim więcej. W Japonii nabył najdoskonalszą miniaturową stację nadawczo-odbiorczą.
Pracując już dwa lat w sztabie głównym Japonii, zdobył sobie duże zaufanie u Japończyków swoimi rzeczowymi reportażami przysyłanymi do Berlina, o czym donosił do swego sztabu japoński attache z Berlina. W sztabie japońskim przerwa obiadowa trwała od godziny 12 do 2 p.p. W sztabie tym, z wyjąkiem wodza naczelnego, wszyscy inni chodzili w pantoflach. A ponieważ pokoje sztabu wyłożone były dywanami, przeto chodzenie nie sprawiało jakiegoś hałasu. Pracując więc tam w sztabie, nie raz i nie dwa pozorował różnorodne zainteresowania planami japońskimi, aby Japończyków przyzwyczaić do siebie. Ci zaś, chcąc zdobyć sobie zaufanie u Niemców z niczym się nie kryli przed gościem. Stąd więc Sorge wiedział wszystko co i gdzie jest umieszczone, w jakiej szafie czy też teczce oraz jaki czy tez taki to a taki rozkaz, ew. informacje polityczne.
Toteż gdy wybuchła wojna niemiecko-sowiecka, Stalin zarządał od niego wiadomości na temat kierunku ew. uderzenia, w przyszłości armii japońskiej. Ten zaś wiedząc co i gdzie szukać, w czasie pewnej przerwy obiadowej myszkował w pantoflach po szufladach sztabu japońskiego. I znalazł to co potrzebował Stalin. Od razu pod jakimś pozorem udał się do Mandzurii, by stamtąd przekazać jedno słowo do kancelarii Stalina: Filipiny! Właśnie o to Stalinowi chodziło, w którym kierunku uderzy Japonia przeciwko Amerykanom - na Mandżurię, czy też na Filipiny.
W tym to czasie armie Wehrmachtu stały już u bram Moskwy, a pod Stalingradem toczyły się już zażarte boje. Armia niemiecka pchała się już nawet na Kaukaz, by przedostać się do Zatoki Perskiej. To jedno słowo Filipiny zbawiło Rosję Sowiecką. Od tej pory Stalin zarządził w przyspieczonym tempie przerzucić milionową armię Dalekiego Wschodu z Władywostoku. Najsampierw do Uralu, a następnie, w dalszej kolejności coraz dalej. Aż po samą Moskwę. W ten to sposób przerzucono czteromilionową Armię Dalekiego Wschodu z Władywostoku do Rosji Centralnej. A uzbrojenie armia ta dostawała od Stanów Zjednoczonych jak i z Aglii. Zanim pierwsze oddziały doszły z gór Uralskich w pobliże Stalingradu, conajmniej milionowa armia Dalekiego Wschodu została już przerzucona na terene Rosji Centralnej. Tak więc ubytek czteromilionowej armii do niewoli niemieckiej jak i poległych w walkach z Wehrmachtem, napływ z Dalekiego Wschodu uzupełniał luki frontowe. A mając pewność, że Japonia na Mandżurię nie ruszy, był spokojny o swe posiadłości na Dalekim Wschodzie.
Tak więc, to nie bohaterstwo żołnierza radzieckiego uchroniło Sowiety od bankructwa lecz gest jednego szpiega umiejscowionego we właściwym czasie na właściwym miejscu.
Gdy Stalingrad padł, to w kotle między Donem a Kijoem - czyli Dnieprem znalazła się kilasettysięczna armia niemiecka. Będąc osłabiona fizycznie jak i z braku uzupełnień zbrojeniowych, jednym słowem braku wszelkiego zaopatrzenia, doszło tam do tego, że żołnierze generała Paulusa zjedli nie tylko trawę i korzonki, ale nawet kory drzewnej brakowało. Ażeby ratować co się da, generał Paulus zarządził aby wpierw wyewakuować drogą lotniczą, chorych, rannych na tyły, poczem wydał apel o zgłaszanie się na natychmiastowy powrót do Reichu również drogą lotniczą. I trwało to chyba coś 6 tygodni, poczem generał Paulus poddał się do niewoli.
Będąc w tym czasie w więzieniu Wehrmachtu, w lipcu czy też w sierpniu 1943 r., jednym z eskorty więziennej znalazł się właśnie jeden z ozdrowieńców, spod Stalingradu jak i wywieziony z kotła, po bitwie. To od niego dowiedzieliśmy się wszystkiego. I wtedy to, żartowaliśmy, że dopiero od takiego umrzyka niemieckiego ew. z takim umrzykiem można się jakoś dogadać jak i zrozumieć!
Spełnione rosyjskie żale:
Od pewnego już czasu rosyjskie koła wojskowe domagają się rehabilitacji żołnierzy sowieckich rzekomo masowo pomordowanych przez żołnierza polksiego w latach 1919-1921. Pisałem już na ten temat i udowadniałem, że to czego dokonali Niemcy, czyli Wehrmacht z jeńcami rosyjskimi będących w niewoli Wahrmachtu z okresu I wojny światowej, obecnie chcą zwalić winę na Polaków. Ta opieka Wehrmachtu nad jeńcami rosyjskimi w okresie I wojny światowej wyglądała trochę inaczej, lecz miliony też ich wykończyli. Tak było w obozach przyfrontowycy, w tym wypadku na Pomorzu Wschodnim, a nawet Zachodnim. Tak też było w Łambiniowicach jak i w ogóle w całej Saksonii. Rosja, ew. Ukraina powinna domagać się od Niemców odszkodowań, za czarnoziem wywieziony do Reichu i pokryty ziemią Saksonii na grubość szpadla, na setkach kilometrów kwadratowych. Jedni jeńcy rosyjscy czarnoziem ten ładowali na Ukrainie w lory pociągów, inni zaś rozładowywali tę ziemię, a jeszcze inni ziemię tę rozsiewali po ziemi saksońskiej, nakrywając piaski tamtejsze urodzajną glebą. To właśnie będąc w Stalagu w Muhlbergu dowiedziałem się o tym, co łatwo było sprawdzić, szukając piasku.
W imię ludzkich odczuć jak i pamięci narodowej, jeśli Rosjanie taką posiadają, powinni się dzisiaj zająć pełnym naświetleniem tych kulturalnych mordów, na jeńcach sowieckich jakich Wehrmacht dopuścił się, choćby tylko w Muhlbergu. Ile tam tych dziesięciotysiączników się znajduje, chociaż zarośnięte są lasami (na pewno) można się jeszcze dzisiaj dokopać. I tego Rosjanom życzę z całego serca!
Jak doszło do wojny niemiecko-sowieckiej w 1941 r.:
Sielanka niemiecko-sowiecka trwała bez przerwy od czasu zawarcia Paktu Ribbetrop-Mołotow, w 1939 roku do ostatniej minuty wybuchy wojny między nimi. Jedni drugich czarowali lecz Niemcy okazali się sprytniejsi. Z 21 na 22 czerwca 1941 r. sztab niemiecki, a raczej Wehrmachtu pod jakimś pozorem udał się do Brześcia nad Bugiem, gdzie znajdowało się naczelne dowództwo armii sowieckiej na terytorium Polski wschodniej, do sztabu sowieckiego. Z tego też tytułu Sowieci urządzili wielkie przyjęcie włącznie z tańcami. Gdy Niemcy za 5 dwunasta o północy zaczęli opuszczać miejsce zabawy, rozochoceni sowieciarze za nic nie chcieli ich puścić.
Oczywiście sowieckie bractwo upite już było ponad stan. Niemcy zaś pili bardzo umiarkowanie. Gdy wreszcie sztabowcy niemieccy się uwolnili i przeszli już most na Bugu, w ciągu 15 minut rozpoczęła się niezwykle silna kanonada artyleryjska jak i bombardowania. Armia niemiecka pełnym gazem ruszyła na wschód tworząc swoje ulubione kotły. Nic więc dziwnego, że w ciągu 5 miesięcy znalazła się pod Moskwą.
Tak ty wyglądał początek tej ich sielanki. I mimo poniesionych klęsk, mimo olbrzymich ofiar w ludziach i zaopatrzeniu wojennym ten ich antypolonizm trwa między nimi do dzisiaj. I to należy pamiętać.
Stefan Kowalik
Chicago
|