Boże, Ty widzisz i nie grzmisz?
Tak to miliony ofiar systemów totalitarnych Niemiec i Rosji Sowieckiej, a w tym też to i do mnie się odnosiło, wzywało Boga nadaremno, w okresie II Wojny Światowej.
Kurier Codzienny z dnia 8 grudnia br. zamieścił wypowiedź Ojca Świętego, Benedykta XVI, w czasie audiencji generalnej na Placu Świętego Piotra, do 30-tysięcznej masy wiernych, z okazji Święta Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny. Papież powiedział: Pan Bóg stoi po stronie uciskanych i upokorzonych!
Mój Boże! Ileż to razy człowiek był uciskany i upokorzony!
Pozwolę sobie nie zgodzić się z tą opinią i sądzę, że Papież, a zwłaszcz tej klasy teolog jakim jest obecny Papież, powinien szerzej zastanowić się nad swymi wypowiedziami. Jest On przecież wielkim erudytą jak i doświadczony życiowo a jednak?
W artykule tym nie myślę rozpisywać się o cierpieniach milionów pokrzywdzonych w okresie II Wojny Światowej, lecz o własnych torturach, jakich doznałem z rąk rycerzy Wehrmachtu, w okresie II Wojny Światowej.
Chociaż w okresie II Wojny Światowej miliony Bogu Ducha winnych ludzi, poddanych było niesamowitym torturom, jednak nie było aż takiego nagłośnienia jak to się dzieje obecnie, w okresie wojny w Iraku. Tylko pewne jednostki, jak np. śp. O. Maksymilian Kolbe, dostąpili światowego nagłośnienia jak i Jego partner z obozu w Auschwitz. A to dlatego, że tragedia ta rozegrała się na oczach kilkudziesięciu tysięcy współwięźniów. Natomiast w mojej sytuacji żadnych świadków nie miałem, a jeśli się znaleźli, to było już po fakcie, a których, do dzisiaj nawet nie odnalazłem.Moja egzekucja odbyła się w obiekcie zamkniętym i bez wyroku i nie tak, jak to było w przypadku Jezusa Chrystusa, kiedy nawet Piłat umywał ręce. A zanim przystąpiono do spisania protokołów by odesłać mnie do więzienia Wehrmachtu, wpierw chciano mnie zamordować, w skrytobójczy sposób! I nawet nie po raz pierwszy lecz stało się inaczej, a to na skutek tego, że sam się obroniłem, jak i Opatrzności Bożej, której, w okresie II WS doznałem kilkakrotnie, dlatego żyję do dzisiaj! A Pan Bóg pomaga tym, co są zdolni sami sobie pomóc!
Na skutek wojny w Iraku jak i wcześniejszych jej objawów, ostatnimi czasy nagłośniony został terror - terroryzm i tortury, jakich rzekomo dotychczas ludzkość nie doznała. Przyczyną tego zjawiska stał się tajemniczy napad jakichś ciemnych sił na drapacze chmur w Nowym Jorku 11 września 2001 . Od tej pory wszystko obraca się w całym świecie, dookoła tego napadu.
Do czasu II wojny światowej terrory objawiały się tylko w Rosji Sowieckiej, po jej wybuchu nastąpiły też i w Niemczech. Obecnie dzieje się inaczej; terror obejmuje już niemal cały świat! No bo zaangażowane są: Stany Zjednoczone, kilka państw europejskich, Afryka i Azja, brakuje jak na razie - Australii. Według opinii wojskowych władz amerykańskich, powodem wystąpień stały się różnorodne napady, sabotaże itp. występki różnych koterii świata. I to stało się powodem kotrakcji. Może to i tak jest, lecz mnie o coś innego chodzi, manowicie, dlaczego i za co Wehrmacht chciał mnie zgładzić? Według mojej oceny sytuacji tylko dlatego, że ważąc wówczas 72 funty (nie kologramy) i będąc wycieńczonym nie byłem w stanie dźwigać 100-funtowych worków cementu, którego niejeden raz trzeba było przy ładowanie czy też rozładowywaniu trucków, przenieść na swych barkach co najmniej 500 worków, za jednym razem, a nieraz i więcej. Cement miało się wszędzie: za kołnierzem, w ustach, nosie,uszach. Jednym słowem nie byłem w stanie wyrobić normy, których właściwie nie było lecz z powodu przedłużania się tego rodzaju rozładowywania czy też ładowania za dużo czasu kosztowało to nadzorców naszych. Moje zachowanie sklasyfikowano w protokole dla sądu Wehrmachtu, jako sabotaż pracy, który rzekomo ujemnie wpływał na moje otoczenie. Aczkolwiek wszyscy byliśmy w jednakowym stanie, lecz czepiono się mnie. A że już wcześniej, zanim ja tam trafiłem, na początku grudnia 1942 r. do tego 24 batalionu pracy w Kielu, już przede mną były tam bundy, wynikiem czego były nawet mordy, a w najlepszym wypadku wysyłka do więzienia Wehrmachtu. Obawiano się więc, prawdopodobnie, nowego buntu! Więc aby zapobiec zarazie, starano się mnie wykończyć by pokazać innym, że dla Reichu pracować nie trzeba aż do upadłego.
24 batalion pracy, do którego ja trafiłem 1 grudnia 1942 r. zawiązany został latem 1940 r. spośród tych jeńców, którzy odmówili przejścia na status cywilny. I każde DOK stworzyło sobie taki batalion. Zadaniem ich było budowanie zazwyczaj ciężkich schronów żelbetonowych. Prace były przy zwożeniu materiałów budowlanych, ładowanie i składanie ich, zwożenie maszyn - betoniarek, zbrojenie zaplanowanych budowli, a następnie odlew danej partii. Bywało nieraz tak, że taki odlew trwał 20, 30, 40 a nawet 60 godzin jednorazowo. Tak więc różnorodne szykany, a nawet pod groźbą rozstrzelania przez ustawiony CKM zmuszano nas do wykonywania rozkazów ówczesnych panów świata. Osobiście, zanim tam trafiłem, miałem już poza sobą całą historię różnorodnych przygód.
Bagaż ten ciągnął się za mną wszędzie.
Dopóki trwały mrozy bywało jako-tako, ale gdy w połowie marca 1943 r. zaczęło się ocieplać, przystąpiono do roboty z całym rozmachem. Feralnego dnia, dla mnie, a było to w poniedziałek w trzecim tygodniu marca, wyznaczono nas 10 do rozładowywania trucku z cementem. Ledwie żeśmy zaczęli naszą pracę, a zjawił się obergefreiter Junhgans, dla mnie nie znany, wyczytał on mój numer (numa) i - komm mit - zawołał. Poprawadził mnie do pobliskiego, nowowybudowanego bunkra na piąte piętro. Przeszliśmy dość dużą salę, poczem weszliśmy do przyległej małej salki. Po wejściu weń zamknął za sobą stalowe drzwi i zapalił światło. Na środku podłogi była tam dośc duża kupa betonowego gruzu, wiadro i łopata. Gdy spojrzałem na to od razu zrozumiałem, co mnie tu czeka. Wtedy to ów wachman nakazał mi ładować wiadro i wynosić, a sam się ustawił przy drzwiach, w rozkroku. Ja więc nasypałem połowę tego wiadra i zabierałem się do dźwignięcia gdy ten z miejsca ryknął bym ładował pełno. Naładowałem więc pełno i zabrałem się do dźwignięcia tego, lecz przerastało to moje siły, zacząłem więc wiadro to ciągnąć ku drzwiom, mając na uwadze aby mój opiekun się cofnął. Ten jednak widząc co ja robię znowóż ryknął, abym wiadro to dźwigał. Odpowiedziałem mu, że jest to za ciężkie. Ten zaś nie namyślając się ani chwili uniósł karabin do góry. Ja jednak widząc to, łudziłem się jednak, że na coś podobnego się nie zdobędzie, aby mnie uderzyć w głowę. Stało się jednak inaczej. To właśnie przez ułamek sekundy mojego złudzenia zbyt późno wyrzuciłem ręce do góry by zniwelować siłę uderzenia mnie w głowę. Miliardy gwiazd i ciemno zrobiło mi się w głowie, i omal że nie upadłem, lecz zanim oprzytomniałem, zauważyłem, że już drugi cios się szykuje. Błyskawicznie myślałem jak ja tu z tej opresji mogę wyjść jeszcze cało. Rzucić się na niego nie miało sensu, bowiem pociągnieża spust i koniec ze mną, ale jak reagować aby się jednak obronić, może nawet bez dalszego uszczebku na zdrowiu? Wykombinowałem błyskawicznie, aby stąd uciec, ale jak, jeśli stoi on przy drzwiach? Postanowiłem wtedy każde uderzenie w głowę odrzucać, a w międzyczasie robić krok w prawo. Gdy za siódmym udrzeniem obróciliśmy się o 180 st., wtedy to złapałem za lufę karabinu ciągnąć go ku sobie. Ten zaś zaskoczony moją reakcją, myśląc, że chcę mu ten karabin odebrać, pociągnął go ku sobie, ja zaś znowu pociągnąłem ku sobie, i puściłem. Ten zaś myśląc, że chcę mu go odebrać, jeszcze bardziej szarpnął ku sobie, lecz nie mając oporu, zatoczył się do tyłu, ja zaś z miejsca zrobiłem skok przez drzwi, zatrzaskując je, a następnie zrobiłem kilka suwów poprzez salę, i znowu zatrzasnąłem stalowe drzwi, poczem dając na klatce schodowej po jednym susie na piętro, z krzykiem, że mnie mordują, wypadłem na zewnątrz.
Biegnąc ku szopie, gdzie składaliśmy worki cementu ujrzałem wtedy, że w międzyczasie przybyli do nas oberfeldfebel - szef kompanii wraz z jednym z trzech sprachleiterów - Josephem Bieniem. Gdy ich spostrzegłem jeszcze bardziej zacząłem krzyczeć, że jestem mordowany i skryłem się w szopie. Gdy po chwili przybiegł Junhgans, medlował im przebieg zajścia. Wówczas szef kompanii zarządził, abym wrócił do kompanii, poczem szli za mną. Gdy znaleźliśmy się w holu szkoły, w której mieliśmy nasze kwatery, a z powodu stałego bombardowania Kielu szkoły umieszczono w domach prywatnych, natomiast budynki szkoły przeznaczono dla jeńców wojennych jak i dla robotników cywilnych, którzy zorganizowani byli również w kompanie. Po wejściu do hallu feldvebel zarządził aby Bień zaprowadził mnie do aresztu kompanijnego. Weszliśmy na wysoki strych, a na tym strychu, w samym czubku znajdował się nasz areszt kompanijny. Aby się tam dostać trzeba było postawić leżącą na podłodze drabinę. Gdy Bień zszedł na podłogę strychu, nakazał mi zasunąć otwór. Tam zaś, w samym czubku wysokiego budynku, poprzez szpary w dachu miałem wspaniły widok na zatokę kilońską. A zwłaszcza w czasie nalotów nocnych, kiedy to tysiące pocisków świetlnych, Flaku, odbijało się w wodach zatoki. Cieszyłem się niezwykle za tak piękny widok. Trzeciego dnia znowóż zjawił się Bień. Gdy zeszliśmy na dół, do korytarza obok biura kompanijnego, nakazał mi się ogolić, by za pół godziny stawić się do raportu do dowódcy kompanii hauptmana Shon. Gdyśmy się zjawili przy drzwiach kancelarii, obok balustrady, przybył drugi sprachleiter Roesler. Wtedy to hauptmann, który ubrał się w mundur galowy i pod szablą nakazał pisarkowi kompanijnemu podać mu przygotowany protokół, a następnie kałamarz i obsadkę, poczem nakazał czytać podany protokół pisarkowi, a sprachleiterom tłumaczyć. Gdy tłumaczenie się skończyło, wówczas hauptman zapytał czy zrozumiałem o co chodzi. Odpowiedziałem, że tak. No to podpisz - bez namysłu.
- Ja tego nie podpiszę - odrzekłem - bez namysłu.
- Dlaczego nie? - zapytał hauptmann.
- Bo nie myślę podpisywać wyroku sam na siebie - odrzekłem.
Wtedy to rozgniewany hauptmanm rozkazał sprawchleiterom zmusić mnie do podpisu, ci zaś złapali mnie za ręce, dobrze ścisnęli i wkładali mi obsadkę w palce, cisnęli ku arkuszowi papieru. Ja zaś usunąłem im się wtedy na podłogę. Hauptman znowóż ryknął: zmusić go! Moi oprawcy znowóż ścisnęli mnie jeszcze bardziej i wsadzając mi między palce obsadkę, prowadzili ją ku protokole.
Gdy zaczęli już kreślić pierwszą literę, wtedy to mocno szarpnąłem w dół, tak mocno, że zrobiła się duża dziura i kleks, stalówka prysnęła, a całe towarzystwo zbaraniało. Natąpiła konsternacja. Pierwszy oprzytomniał hauptmann i ryknął: wyrzucić go!
Moi oprawcy złapali mnie za ręce, rozhuśali i - bęc tyłem we drzwi, które prysnęły nie wiadomo kiedy. Ja zaś potoczyłem się tyłem przez szerokość korytarza, dość szerokiego i odbiłem się od ściany, poczem padłem na twarz. Moi oprawcy doskoczyli wtedy do mnie, kopiąc gdzie popadło, lecz ja po chwili zerwałem się i uciekłem na górę, do swej kwatery. Dali mi spokój. Następnego dnia znowu wezwano mnie do kancelarii by zakomunikować mi, że opracowany zostanie drugi protokół, który wysłany zostanie do sądu Wehrmachtu do Hamburga bez mojego podpisu, a za niesubordynację zostanę dodatkowo ukarany! Odejść, nakazano mi.
13 kwietnia 1943 r. znowu wezwano mnie do kancelarii. Hauptmann znowóż ubrany był w strój galowy i pod szablą, lecz w dniu tym radio Rundfunk podało wiadomość o odkryciu grobów katyńskich. Nie nawiązując jednak do tej wiadomości oznajmili mi, a sprachleiter Bień przedłumaczył, że utraciłem prawo pracy i od tej chwili, dopóki nie nadejdzie rozkaz z sądu z Hamburga, nie będę brany już do żadnej pracy. Odszedłem ze smutkiem!
3 maja nadszedł wyrok. Wtedy to hauptmann znowóż ubrał się w galowy mundur, by treść tego wyroku została odczytana i przetłumaczona mi, poczem wręczył mi go oraz kartkę pocztową dla odwołania się mnie od wyroku. Wtedy to zapowiedziano mi, że mój wyjazd do więzienia nastąpi 9 maja. 8 maja wieczorem, przy apelu wieczornym podano do ogólnej wiadomości, że skazany zostałem na 3 miesiące więzienia lekkiego i że nazajutrz zostanę odtransportowany do więzienia. Cała kompania skoczyła wówczas do mnie żegnać się. 12 maja znalazłem się w Germersheim, Pfalz, znajduje się on między Ludwigshafen a Karslruue, w połowie drogi.
Lecz zanim sporządzono drugi progokół i zanim go wysłano do Hamburga, wpierw, któregoś poniedziałku znowu mnie Bień zabrał i zawiózł do psychiatry. Trafiłem na Czecha, który widząc moje bojowe nastawienie z miejsca to rozpoznał i pospieszył się uprzedzić mnie, żebym był spokojny, że nic złego mi nie zrobi, że on jest po mojej stronie. Gdy po wyjściu z domu doktora znaleźliśmy się na ulicy, a było to na dalekim przedmieściu Kielu, wówczas Bień skoczył na mnie z pianą na ustach, że mnie zamorduje jeśli się nie poprawię.
Widząc u niego pianę na ustach i mocne zdenerwowanie powiedziałem mu mocno, że jeśliby mi zrobił jakąś krzywdę to jego rodzina w Katowicach zostanie zgładzona przez polskie podziemie. Tak strzeliłem aby go zastraszyć, ustawiając się przy płocie aby w razie napadu móc choć oderwać sztachetę, aby móc się czym bronić. Ten zaś, niemal z płaczem oznajmił mi: łun kozoł mi cię zabić, jo Polok, jo katolik mum cię zamordować? - popraw się.
- Słuchaj co ci powiem: gdy znajdziemy się na Wellingtons Brucke (niedaleko naszych kwater) tam zawsze jest ruch. Jak zobaczysz, że ludzie będą biec, wówczas ty popychaj mnie i krzycz na mnie, a ja wtedy upadnę, a ty mnie wtedy zacznij bić bagnetem, płazem, ale tak abyś nie zrobił mi krzywdy! Rozumiesz co ci mówię?
Zamilkł, poczem ruszyliśmy do przystanku tramwajowego. Przez cały czas jazdy słowa się już nie odezwał. A trzeba było przejechać całe miasto z południa na północ. Tak więc, gdy dojechaliśmy do Wellingtons Brucke i gdy zobaczył falę ludzi pędzących do tramwaju, z miejsca wściekł się i rycząc popychał mnie. Wówczas ja się przewróciłem, a on zaczął mnie uderzać begnetem, krzycząć jak wściekły. Przebiegający ludzie zaczęli krzyczeć na niego: co ty robisz? daj mu spokój! Wówczas ja zerwałem się do biegu, a on za mną. Do kwater było około 1 km. Gdy tylko weszliśmy na korytarz, ten już od samych drzwi raportował głośno nasze przybycie. Wówczas hauptmann wstał od swego biurka i z uśmiechem mówił, że zbyt łagodnie się obszedł ze mną skoro jestem cały! Było to świadectwem, że w międzyczasie, zanim żeśmy doszli, już ktoś dzwonił do niego, zresztą tak jak ja to przewidziałem. Dopiero po moim powrocie od psychiatry protokół został wysłany do Hamburga.
***
W dobie obecnej, ci co są poddawani torturom, posądzani są o tajne napady jak i sabotaże wysokiej klasy, stąd więc, chcąc się coś od nich dowiedzieć, wyciska się z nich siłą. W moim przypadku tego nie było, bowiem Wehrmacht nie miał powodu, aby się coś ode mnie dowiedzieć. Była to więc zbrodnia pospolita, w tym wypadku antynarodowa! Gdy w latach 50-60-70, będąc w kontaktach ze stosownymi urzędami niemieckimi w Koln, moje zgłoszenia klasyfikowano najpierw jako bezpodstawne, bowiem ich urzędy dają odszkodowania tylko tym, co niszczeni byli narodowo. Gdy udowadniałem im, właśnie - narodowe, wówczas odpowiadali mi, że oni załatwiają sprawy tylko za prześladowania religijne. Gdy im i to dowodziłem, to znów wykombinowali coś innego; i tak wkoło Wojtek! Aż do dzisiaj, co już jest nieaktualne, bowiem świat cały ogarnięty został nową falą dziwnych zjawisk politycznych.
Moje doświadczenia wojenne opisałem w książce pt. Tak było. W latach 80. wysłałem jeden egzemplarz do Ministra Obrony Narodowej do Londynu - i nic - nie było żadnej reakcji. Będąc w 1994 r. w Warszawie po raz pierwszy od 1939 roku, zgłosiłem się do IPN, by zarejestrować się jako kombatant. Do legitymacji wniesiono mi, że miałem 3 miesiące więzienia hitlerowskiego, a nie Wehrmachtu, jak im podawałem, załączając przy tym kopię wyroku Wehrmachtu. W rok później otrzymałem pismo z IPN, w którym jakiś pułkownik informował mnie, że do moich akt nie dołączyłem stwierdziania, że przez 3 miesiące byłem w więzieniu, przeto okresu tego nie mam zaliczonego. Odpaliłem mu, że jest w tych sprawach niedorostkiem, że w ogóle nie ma pojęcia o tamtych sprawach. I na tym się skończyło! A że żyję, zawdzięczam to tylko Opatrzności Bożej!
Stefan Kowalik
Dodatek:
Mój oprawca, obergefreiter Junghans to bohater Wehrmachtu w Kampanii Wrześniowej. Nie wiem, na którym to odcinku frontu, w czasie ataku piechoty niemieckiej wystąpiła kawaleria polska. Tak się tam zdarzyło, że ów obergefreiter nawinął się jakiemuś polskiemu ułanowi, który ciachnął go szablą tak, że tylko hełm na jego głowie uchronił go od śmierci. Przecięty natomiast miał obojczyk. Ponieważ nawinęła się im, dowództwu bataliionu pracy taka szansa, przeto mieli okazję do rozprawienia się ze mną. A haptmann Shone prawdopodobnie był oficerem austriackim z I Wojny Światowej, skąd pochodził nie wiem. A ponieważ rozprawa sądowa odbyła się zaocznie, przeto tylko z tego powodu wręczono mi ów wyrok sądowy. Nie słyszałem od kogokolwiek z moich kolegów więziennych, aby otrzymał ktoś taki wyrok jak ja. Dzięki temu mogę operować nazwiskami. Był to tylko zbieg okoliczności i nieświadomość moich oprawców. Zresztą oni się wcale z tym nie liczyli, bowiem byłem w takim stanie, że w więzieniu zostanę tylko dokończony. Stało się jednak inaczej. To młodość wygrała!
S.K.
|