Pogoda

Radio Polonii 2000
Wietrzne Radio 1080am
GPDesigning.com

Z Gierkiem w szatni -
rozmowa “Kuriera” z Edwardem Janikiem, wieloletnim sedzią ligowym w Polsce oraz w Stanach Zjednoczonych, działaczem piłkarskim, dziennikarzem

- W ubiegłym miesiącu sędziował Pan swój ostatni mistrzowski mecz w karierze. Było to spotkanie Polskiej Ligi Piłkarskiej pomiędzy Polonezem a Jagiellonią. A kiedy sędziował Pan swój pierwszy mecz?
- Wracamy do czasów tak odległych, że nie pamietam już, kiedy prowadziłem swe pierwsze spotkanie jako sędzia główny. Ale pamiętam mój pierwszy mecz, który sędziowałem jako liniowy, czy - jak to się obecnie mówi - asystent. To było w Krakowskiej Lidze Juniorów, gdy Piaski Wielkie grały z Krakusem Nowa Huta. To był mój pierwszy mecz w stroju sędziowskim, było to w roku 1967. Latem, chyba w sierpniu, bo w lipcu zdałem sędziowskie egzaminy.
- A wcześniej, zanim zajął się Pan sędziowaniem...
- Grałem w Nadwiślanie Kraków, a na kurs sędziowski poszedłem za namową Taty, który był dxziałaczem Krakowskiego OZPN-u. Jak to zwykle bywa, i w tamtych czasach brakowało sędziów, zatem poszedłem na stosowny kurs. I tak to sie zaczęło. Dodam, że naszymi wykładowcami byli znakomici sędziowie międzynarodowi - pan Prącik, świetej pamięci pan Mytnik. Potrafili świetnie przekazać swą wiedzę, zresztą Kraków niejako tradycyjnie był liczącym się ośrodkiem, jeśli chodzi o arbitrów. A mnie osobiście pomagał fakt, że jeszcze wcześniej - gdy wraz z panem Wagą - prowadziłem druzynę juniorów Nadwiślanina sędziowałem chłopcom parę meczów. Ponadto, miałem arbitra piłkarskiego w rodzinie - Edwarda Ignaszewskiego, kuzyna, który był sędzią ligowym i międzynarodowym. Początkowo był nawet typowany do wyjazdu na olimipadę w Melbourne, choć ostatecznie nic z tego nie wyszło. Ale - w jakimś sensie - podtrzymałem też tradycje rodzinne.
- W ciągu 40 lat swej kariery, ile Pan meczów sędziował?
- Około dwóch tysięcy. Jakieś1800 w Polsce i jeszcze około 200 w Chicago. Na początku lat 70. awansowałem na sędziego pierwszoligowego, a pierwszym naprawdę ważnym meczem, który sędziowałem jako liniowy, był półfinał Pucharu Polski pomiędzy Gwardią Warszawa a Górnikiem Zabrze. Asystentowałem wówczas panu doktorowi Suchankowi, znanemu arbitrowi międzynarodowemu. A moim pierwszym meczem w roli głównego rozjemcy w lidze było spotkanie w drugiej lidze, pomiędzy AKS Niwka i Piastem Gliwice - takie małe derby. Nieskromnie powiem, że dostałem bardzo dobrą notę - 4 i pół w skali od jednego do pięciu. Od razu wyjaśnię - ligwi rozjemcy zmieniali się, to znaczy - w jednym tygodniu machałem chorągiewką, by tydzień później wstąpić jako główny. Po prostu Związek nas cały czas “mieszał”, ja byłem z Krakowa, a moi asystenci - powiedzmy - ze Śląska. A później było odwrotnie - to ja asystowałem sędziemu głównemu z innego okręgu.
Nie wiem, czy był to dobry pomysł, bo akurat na niższym szczeblu był innysystem - każdy główny miał czterech liniowych, którzy się zmieniali. W ten sposób łatwiej było się “zgrać”, mieliśmy różne umowne znaki, a tak musieliśmy poświęcać sobie trochę więcej uwagi.
- Najbardziej pamiętne mecze w Pańskiej karierze?
- Tuż przed awansem na szczebel centralny sędziowałem trzeciloigowy mecz Kalwarianki z Beskidem Andrychów. Na meczu był obecny prezes Mytnik, przewodniczący Okręgowego Związku z Krakowa. W pewnym momencie piłkarz Beskidu sfaulował rywala. Ten się pozbierał, ale za moment upadł, a ja “puściłem grę”. A zawodnik, który faulował, dopadł piłki, pognał na bramkę i strzelił w poprzeczkę. Na moje szczęscie bramka nie padła, bo popełniłem ewidentny błąd. Otóż w momencie, gdy piłkarz Kalwarianki upadł powtórnie, powinienem był przerwać grę. I prezes Mytnik od razu zwrócił mi na ten błąd uwagę. Na moje szczęście skończyło się na 0:0, więc mój błąd nie wypaczył wyniku.
A z meczów na wyższym szczeblu - był taki mecz w II lidze, który decydował o spadku jednej z drużyn. Wtedy grała Korona Kielce z Moto Jelczem Oława. Tym drugim nic nie groziło, a Korona walczyła o utrzymanie. Powiem szczerze - jechałem na ten mecz wyluzowany, bo spodziewałem się, że Korona po prostu ten mecz kupi. Tak się potocznie mawiało, że druzyny pomiedzy sobą sprawę załatwią. Jeszcze przed meczem jeden z kolegów śmiał się, że Koronę obstawił w piłkarskim totku jako “pewniaka”. Proszę sobie wyobrazić, że na boisku nic się nie sprawdza - Moto Jelcz do przerwy prowadzi 1:0. Ale myślimy sobie z kolegami, że pewnie po przerwie sytuacja się odwróci. A tymczasem po kolejnych minutach było już 3:0 dla Oławy, a mecz się skończył wynikiem 4:1. I co najciekawsze - zawodnicy Korony nie mieli do mnie żadnych pretensji. Tylko, że przy stanie 3:0 słyszę słowa: “No, coście zrobili z tymi pieniędzmi?”, ale ja nie zareagowałem. I dlaczego tamto spotkanie tak mi utkwiło w pamięci? Bo drużyna, która miała kupić mecz nie zrobiła tego, a ci, którym niby nie zależało na wyniku, nie odpuścili. Powiem szczerze, że kwalifikator powiedział mi w szatni: “Panie Edwardzie, myślałem, że pan trochę tej Koronie pomoże. Ale, że tak się nie stało dostanie pan notę pięć”. Była to najwyższa nota w klasie centralnej.
Były i inne sytaucje - kiedyś asystowałem Olkowi Suchnkowi w meczu Ruch Chorzów - Górnik Zabrze, a więc meczu na prawdę ważnym. Górnik wygrał 1:0, a ja... nie zauważyłem bramki. Było to tak - bramkarz Ruchu miał piłkę w rękach, a ja “pilnowałem” ostatniego obrońcy Górnika. Patrzę na niego, był to bodaj Oślizło, i nagle słyszę gramkie “jest!”. Odwracam głowę, patrzę - piłka w siatce, a Olek pokazuje śroidek boiska. W szatni pytam go: “Jak ta bramka wpadła”. Zdumiony arboter wytłumzcył mi, że bramkarz chciał wybić piłkę, a tymczasem napastnik dotknął ją szpicem buta i wpakował do bramki. Ewidentny błąd bramkarza i... mój. I tak to na bardzo ważnym meczu nie zauważyłem bramki...
- To największa Pańska gafa w roli sędziego?
- Były i inne. Kiedyś, na stadionie Widzewa asystowałem Miecowi Wójcikowi w meczu Widzew - Górnik Zabrze. Drugim liniowym był wtedy Janusz Hańderek, o którym ostatnio było dość głośno z innych powodów. Górnik atakował, a ja pilnowałem obrońców Górnika. W pewnym momencie jeden z obrońców, na polu karnym, wiązał sobie but. Ni stąd, ni zowąd poszła kontra, przerzut na połowę Górnika, dobiega napastnik, a Mieciu Wójcik... przerywa grę. Konsternacja, wszyscy patrzą się zdziwieni. A Wójcik po prostu mnie nie widział, myślał że jest spalony, którego oczywiście nie było. W końcu wznowił grę rzutem sędziowskim, kwalifikator potrącił mu trochę z oceny. Widzew ostatecznie mecz wygrał, ale gdyby stało się inaczej, byłoby to dla sędziego nieszczęście. A Mieciu mówi: “Kurka wodna, nie widziałem cię, myślałem żeś upadł, tak daleko z tyłu byłeś”. Do czego zmierzam - był to typowy “wypadek przy pracy”, typowa sytuacja, która może się przytrafić. A ludzie już mogą sobie takie sytuacje różnie interpretować. Oczywiście, rozjemca takiego błędu popełniać nie powinien, ale to też w końcu człowiek i ma do tego prawo...
- Sędziowie byli i są pod różną presją - kibiców, mediów, działaczy... Kiedyś byli to różni dyrektorzy, sekretarze teraz to sponsorzy.
- Za moich czasów piłkę sponsorowały różne resorty - górnictwo, hutnictwo, wojsko czy milicja. Był na przykład taki minister górnictwa, który przychodził na mecze i mówił: “No, panowie, dobrze by było, żeby my wygrali”. Ale nie proponował żadnych łapówek, ani innych rekompensat. Przy okazji przypomniało mi się, że kiedyś do sędziowskiej szatni wszedł pan Edward Gierek. Było to na meczu Zagłębia Sosnowiec, którego był kibicem. Przyszedł pierwszy sekretarz partii, przywitał się z nami, spytał: “Jak będzie? No, mam nadzieję, że Zagłębie wygra”.
- I jak się skończyło?
- Zagłębie wygrało 4:3,a sam meczbył bardzo ciężki. Rywalem była Gwardia Warszawa. Ale wracając do samej presji - oczywiście, gdy różni dygnitarze pojawaili się w szatni było to bardzo krępujące, a przecież człowiek chciał być uczcziwy. Zawsze pamiętałem słowa świętej pamięci Lucjana Mytnika, naszego prezesa i nauczyciela, który powtarzał nam: “Panowie, sędziowanie w lidze musi dla was być satysfakcją. To mozliowśc spotaknia się z reprezentantami kraju i wieloma interesującymi ludźmi”. I muszę przyznać, że - patrząc na sędziów krakowskich - gdy kończyli kariery nikt nie mógł powiedzieć, że któryś z nich “przekręcił” mecz. A w innych okręgach - to z przykrością stwierdzam - takie sprawy się zdarzały. A przecież gdybym nie sędziował, nie miałbym mozliowści poznać osobiście pana Gierka. Była to dla mnie duża przyjemność, to był człowiek o wysokiej kulturze, nie namawiał do niczego. Tylko uśmiechnął się, dodał” Myślę, że Zagłębie wygra.”. No i wygrało 4:3, po twardej walce na boisku.
- Nie wątpię, że wśródf arbitrów nie brakowało idealistów, ludzi oddających się sędziowaniu z pasją. Ale... na pewno oglądał Pan film “Piłkarski poker”...
- Zawsze mówię tak: W każdej bajce jest trochę prawdy. Ale tylko trochę. Reżyser, scenarzysta, filmowcy potrzebują tematów, chcą by film się “sprzedawał”. Było to zrobione bardzo ciekawie, trochę do śmiechu. Ale żeby tak dużo tam było prawdy - może dziś, gdy słyszymy o różnych aferach... Takie różne suweniry zaczęliśmy dostawać od klubów dopiero w latach siedemdziesiątych. Jakieś zestawy do kawy, drobne upominki. Chodziliśmy oczywiście na rózne obiady, kolacje, ale nigdy tak, żeby siedzieć w lokalach do białego rana. Bo przecvież, gdybym balował do piątej rano, to w południe nie byłbym w stanie prowadzić normalnie meczu. Nie przeczę, i nie ukrywam, że nieraz byłem zapraszany tu i tam, ale nigdy nie powiedział mi nikt: “Panie Janik, my musimy ten mecz wygrać”. Podteksty oczywiście się zdarzały, jest takie stare sędziowskie powiedzenie, że “pięć do dziesięciu procent jest zawsze dla gospodarzy”. Ale tu chodzi o sytuacje sporne, chodzi o sytuacje w środku pola, które nie decydują bezpośrednio o wyniku meczu.
- To nigdy się nie zdarzyło Panu, że ktoś zaproponował kopertę, albo talon na samochód?
- Powiem szczerze: Niestety nie. Proszę podkreślić to “niestety” (śmiech...). A poważnie - rzeczywiście, niektórzy moi koledzy dostawali różne akcesoria do samochodów - opony, inne rzeczy. Ale mam wielką satysfakcję, że mojego nazwiska nigdy nie łączono żadnej afery. Dodam,że już trzy miesiące po zakończeniu kariery byłem kwalifikatorem, i wystawiałem noty kolegom, z którymi nieco tylko wcześniej razem sędziowałem.
Koledzy też prosili o zwyżenie ocen, ale zawsze starałem się być obiektywny. Kiedyś musiałem dać niską ocenę koledze, który nie zauważył rzutu karnego. Ale nie mogłem sobie pozwolić na żadne fanaberie, w końcu oprócz mnie są i inni obserwatorzy, i jeśli arbiter popełni błąd, odbija się to na jego ocenie. Po prostu, w tej branży trzeba być uczciwym do samego końca. Ale wtedy ma się przed sobą wszystkie drzwi otwarte, nawet, jeśli komuś nie pomogło się, tak, jkaby tego wcześniej oczekiwał.
- A zdarzały się nacviski innego typu - na przykład straszenie?
- Raczej nie, choć w jednym klubie górniczym powiedziano mi kiedyś: “Panie sędzio, pan wi, że jak my tego meczu nie wygramy, to... sam pan rozumie. Pan minister jest noszym opiekunem”. A ja odparłem - jak strzelicie jedną bramkę więcej, to na pewno wygracie.
- I jak się skończyło?
- Skończyło się remisem. A mi włos z głowy nie spadł, a jeszcze wtedy miałem ich nieco więcej. Z każdej opresji można wyjść, tylko trzeba być normalnym człowiekiem. Tak, jaki jestem w życiu, taki byłem i na boisku.
- Publiczność też różnie reaguje.
- Trafiało mi się sędziować mecze w Poznaniu. Ogromny, jak na polskie warunki stadion, tam przychodził ze 35 tysięcy ludzi, sporo z nich stało przy linii bocznej. Krzyczeli różne rzeczy, ale o ile arbiter liniowy coś tam od czasu do czasu usłyszy, to główny po prostu nie słyszy słów a ogólnym harmidrze. A wiadomo, że publika rózne rzeczy skandowała: “Sędzia ... “ i inne. Z tym,że nie wychwytuje się tego, będąc na śrdoku boiska. Dodam, że nigdy nie opuszczałem stadionu pod eskortą policji. Choć raz, podczas finału mistrzostw Polski juniorów doszło do ieprzyjemnego zdarzenia - jeden z chłopców, przed trybuną, pokazał publiczności niezbyt miły znak. A liniowy nie zwrócił mi na ten fakt uwagi. Ja - sędziując w roli głównego - nie zwracam uwagi, co się dzieje przy linii bocznej, poza akcją. Tymczasem do szatni przyszedł kapitan MO z pretensjami. Musiałem mu się wytłumaczyć, ale on i tak napisał skargę do wydziału sędziowskiego. Musiałem się zgłosić, pojechaliśmy razem z liniowym do Warszawy. To był taki incydent z milicją, a raczej z jednym milicjantem.
- Niemniej sędziowie w ostatnim czasie są znacznie bardziej na cenzurowanym. Afera w Polsce, afera w Niemczech...
- Włosi też coś tam szukają... Co mam odpowiedzieć - jeżeli sędzia w Polsce otrzymuje za jeden mecz trzy tysiące złotych, to są znakmoite pieniądze jak na nasze warunki. Bo tyle nie zarabiają miesięcznie fachowcy...
- Ale są tacy co zarabiają znacznie więcej...
- Ja się z tym zgadzam. Ale nawet jeśli sędzia gwiżdże tylko w dwóch mecazach miesięcznie ma z tego sześć tysięcy złotych. Nikt mi nie powie, że to jest mało. Ludzie są na pewno łakomi na pieniądze, ja mogę tylko powtórzyć to, co już wcześniej powiedziałem w radiu czy telewizji - ryba psuje się od głowy. Jeżeli na wysokich stanowiskach państwowych ludzie są skorumpowani strasznie, to trudno mi teraz potępić środowisko sędziowskie. Nie wierzę, że wszyscy są przekupieni. Zwłaszcza na szczeblu centralnym, choć to co stało się z Fijarczykiem jest przykre. To człowiek o słabym charakterze, a przecież słowo sędzia oznacza to samo, co sędzia w sądzie: masz być uczciwy. W pierwszej chwili pomyślałem, że sprawa Fijarczyka zaistniała po to, by odstraszyć innych. Ale skoro go zamknęli i jest cały czas w więzieniu. To znaczy, że nie było to podprowadzenie, ale celowe działanie.
- Myśli Pan, że uruchomi to swoistą “lawinę”?
- Jestem teraz zbyt dalkeo od spraw krajowych, trudno mi powiedzieć, czy będą dalsze aresztowania. Ale przeglądając prasę bądź internet natrafiam na różne opinie - na przykład z niższych klas rozgrywkowych. Czytałem różne wypowiedzi działaczy ze Śląska, którzy twierdzą, że w takiej “okręgówce” sędziowie biorą po czterysta złotych za ustawienie meczu. To dla mnie szokujące, aż trudne do uwierzenia. Myślę, że niezbędne są zmiany w Polskim Kolegium Sędziów, powinni wejść tam ludzie cieszący się pełnym szacunkiem i nieposzlakowaną opinią. Nie brakuje takich ludzi w Polsce. Przytoczę jeden fakt - w moich czasach każdy kandydat na sędziego musiał mieć co najmniej średnie wykształcenie. Każdy z nas miał więc fach, miał pracę, co oczywiście nie oznaczało, że podchodziliśmy do sędiowania nieprofesjonalnie. Wprost przeciwnie - staraliśmy się wykonywać to zajęcie jak najrzetelniej. Gdy byłem kilka lat temu w Poslce i dowiedziaem się, że sędziowie niższych klas biorą za sędziowanie honorarium w wysokości 50 czy 60 złotych, to szczerze się przeraziłem. mam nadzieję, że stawki od tego czasu poszły w górę. Przecież to żadne pieniądze, co oczywiście nijak nie usprawiedliwia “przekrętów”. A wracając do kierownictwa - cóż na wysokich stanowiskach są dziś ludzie, którzy takie stanowiska trzymali jeszcze w czasach PRL-u. Choć akurat dymisję Janusza Hańderka, który nie chciał już działać ze względu na swe dawniej zajmowane stanowisko i poglądy polityczne, przyjąłem z zadowoleniem. Postawił sprawę honorowo i po męsku. Ale i inni ludzie w Polskim Związku Piłki Nożnej powinni postąpić tak samo - ustąpić miejsca. Komu? Nie wiem - starszym, młodszym, byleby byli uczciwi.
- Powiedzmy szczerze: na rozjemców narzekają także polonijni sportowcy. Nie chodzi akurat o uczciwość, ale o ich kwalifikacje. Co zrobić, by poprawić tę sprawę?
- Chodzę na mecze różnych lig, komentuję ich spotkania. Niestety, sędziowie nie są tu szkoleni tak, jak w Polsce. Myślę w tej chwili o ligach Metropolitan i National. Sam zdaję co roku egzaminy, bo muszę przecież odnawiać licencję. Jak to wygląda - dostajemy testy składające się ze stu pytań i - aby odnowić licencję - trzeba ospowiedzieć na siedemdziesiąt z nich. Czas jest nieograniczony, pamietajmy, że interpretacje przepisów stale się zmieniają, a nie wszystkie materiały trafiają tu na bieżąco. Nie ma też żadnych testów kondycyjnych dla arbitrów. I stąd biorą się błędy w sędziowaniu, które, istotnie, są częste. Trzeba prowadzić jakieś szkolenia, chocby i weekendowe i zwracać większą uwagę na bieżące zmiany w interpretacji.
A przecież wielu z rozjemców w Metropolitan i National chicaiłoby pójść “wyżej” - do lig akademickich, albo i do MLS. Jest punktacja i rzeczywiście, dla najlepszych przewiduje się dalsze szkolenia. Szkoda, że nie dla wszystkich. Tym bardziej, że stawki za sędiowanie są dość atrakcyjne - w Polskiej Lidze Piłkarskiej to 50 dolarów, w innych : 100 - 150. Troszkę mniej w meczach oldbojów, ale jak się posędziuje się dwa mecze dziennie to można zarobić bardzo ładną dniówkę. A skoro poruszyłem sprawę PLP - istotnie, rozpoczęły się w niej szkolenia sędziowskie, ale ciągle są one niewystarczające. A żeby dobrze sedziować trzeba się stale uczyć, stale dokształcać...
- Może kluby, na przykład z PLP, przeznaczyłyby jakieś pieniądze, by przed sezonem zorganiować dla sędziów jakieś mityngi. Zrekopesować rozjemcom jakieś stracone dniówki, nakarmić, a przy tym właśnie doszkolić ich w jakiś sposób.
- Myśl jest dobra, bo lokal zawsze by się znalazł. Trzeba jeszcze przekonać menadżerów, by wyasygnowali jakieś środki, ale skoro coś takiego miałoby miejsce powiedzmy, raz na pół roku, to pewnie nie byłoby jakimś problemem. Rzecz w tym, że w Polsce nawet małe kluby są dotowane z urzędów miast. Tu większość klubów posiada sponsorów, ale nie wszystkie. Na przykład w PLP Sparta nie ma żadnego sponsora. Chłopcy sami się składają na sędziów i inne wydatki - sprzęt, opłaty... Ale na pewno dobrze by się działo, gdyby rozjemcy spotykali się nawet na takich jednodniowych konsultacjach. Problem w tym, że wszyscy pracują więcej niż osiem godzin dziennie, także i w soboty. Mają też rodziny, którym poświęcają czas. Nie wszystko jest takie proste. Myśl jest na pewno przednia, może jakoś się uda to w przyszłości zorganizować.
Szkoda, że już nie jestem działaczem Polksiej Ligi Piłkarskiej, bo na pewno dążyłbym do realizacji takiego pomysłu.
- Czego życzy się sędziemu, kiedy wychodzi na boisko?
- Żeby gwizdek mu się nie zaciął.
- A czego zyczy się sędziemu, który po 38 latach udaje się na zasłużoną emeryturę?
- Emeryturę nie płatną (śmiech). Ale takiemu sędziemu wypada życzyć duzo zdrowia do pracy w polonijnych środowiskach piłkarskich. Bo stram się jak najlepiej pomóc polonijny drużynom, bo taka już rola powinna przypadać w udziale starszym panom.
- Życzę zatem wszystkiego co najlepsze i dziękuję za rozmowę.

rozmawiał Jerzy Filipkowski