Pogoda

Radio Polonii 2000
Wietrzne Radio 1080am
GPDesigning.com

Rozmowa “Kuriera” z Józefem Sikorą, wieloletnim działaczem Kongresu Polonii Amerykańskiej i Związku Narodowego Polskiego.

- W ostatnich tygodniach minęło 55 lat od momentu, gdy przybył Pan na amerykańską ziemię...
- Doskonale pamiętam tamtą datę, było to 28 marca 1950 roku. Właściwie był to dzień, kiedy zjawiłem się w Chicago, bo już dwa dni wcześniej przypłynęliśmy statkiem do Nowego Jorku. Na sam przyjazd do USA czekalem aż pięć lat, większość czasu spędzając w powojennym obozie w austriackim Kuffstein, tuż przy granicy z Niemcami. To był obóz dla wysiedlonych, a znajdowało się w nim aż trzydzieści pięć tysięcy ludzi.
Miałem wprawdzie możliwość emigracji do Australii, ale jeszcze postanowiłem wypełnić formularz, który przesłany został do Kongresu Polonii, Amerykańskiej, właśnie do Chicago. Został zaakceptowany, i ku mojej radości już sześć tygodni później zostałem wezwany do Amerykańskiego Konsulatu. I już na początku roku 1950 planowaliśmy wraz z żoną lecieć do Nowego Jorku samolotem. Niestety, akurat na ospę zahorowała nzasza malutka, pięciomiesięczna córeczka, przez co musieliśmy zrezygnować z podróży lotniczej. Ostatecznie w nadmorskim Bremenhaven zaokretowano nas na ogromnego, transatlantyckiego kolosa, który zabierał w międzykontynentalne podróże pięc tysięcy osób! A gdy dotarliśmy już do Nowego Jorku, okazało się, że musimy spędzić na nim jeszcze jedną noc. Bo zawinęliśmy do portu o 6. wieczór, a tymczasem okazało się, że Biuro Emigracyjne pracuje tylko do 5-ej. Ostatecznie wszystko poszło dobrze i kolejną noc spędziliśmy już w pociągu do Chicago.
A już na miejscu, na dworcu kolejowym Union Station powitał nas ówczesny prezes Kongresu Polonii Amerykańskiej, pan Karol Rozmarek. Stanowiliśmy 200-osobową grupę tzw. DP’sów, każdy znas miał sponsora, który przynajmniej w pierwszym okresie pobytu pomagał nam, zapewniając - przynajmniej na jakiś czas - wikt i opierunek. Akurat tak się złożyło, że moja sponsorka zrzekła się opieki nade mną, więc w takiej sytuacji zaopiekował się mną Związek Narodowy Polski. Byłem młody, miałem 24 lata, i od razu - bodaj na drugi dzień po przyjeździe dostałem pracę.
- W którejś z polonijnych organizacji?
- Nie, przez pierwsze tygodnie pracowałem w firmie u Poraja. Niemniej, kilka tygodni później trafiła mi się inna oferta, którą bez wahania przyjąłem. Zwlaszcza, że mój pierwszy pracodawca płacił niższą stawkę, od początkowo proponowanej, a ja przecież musiałem utrzymać żonę i maleńką coreczkę. Tak trafiłem do bardzo znanego hotelu “The Drake” przy Lake Shore Drive, gdzie płacono mi 1 dolar i 17 centów na godzinę.
- Młodszym nie sposób ukryć uśmiechu, słysząc taką sumę...
- Wiem, ale 55 lat temu to była naprawdę przyzwoita stawka. O ile jeszcze pamiętam ceny, to bochenek chleba kosztował jakieś 10 centów, galon mleka około 20 centów... Jednym słowem - wszystko było mniej więcej dziesięć razy tańsze, niż obecnie. Przykładowo - biorąc na zwykłe sprawunki 10 dolarów, nie sposób było udźwignąć zakupionych za te pieniądze towarów.
- Jak zaczęła się Pańska praca w Związku Narodowym Polskim?
- Tę pracę zacząłem dopiero w roku 1956, już po ukończeniu szkoły wieczorowej. Musiałem nauczyć się przecież języka, choć jeszcze przed przyjazdem tu brałem nieco lekcji. W międzyczasie pracowałem jeszcze w firmie ubezpieczeniowej “Farmer’s Insurance”. Udało mi się dokształcić i na początku kwietnia 1956 roku pani Wanda Rozmarek zapisała mnie do grupy, zwanej “Quo Vadis”, później przemianowanej na grupę im. Karola Rozmarka. Znalazłem się w tej grupie w kwietniu 1950 roku i do dziś do niej należę. I bardzo jestem dumny, że miałem szansę w niej działać.
W roku 1968 otrzymałem licencję stanową agenta ubezpieczeniowego, wcześniej miałem status sponsora, czyli - wyjaśniajac w krótkich słowach - osoby pomagającej agentom. Później zostałem delegatem do gminy 120., drugiej co do wielkości gminy w okręgu 13., gzdie też przez wiele lat działałem.
- Na początku swej związkowej działalności miał Pan możnosc wspópracy z prezesem Karolem Rozmarkiem, o którym młodsi dużo słyszeli, ale nie mieli okazji go poznać...
- To był wspaniały człowiek, bardzo dobrze mi się przy nim pracowało. Mogę powiedzieć, że był on dyplomatą polsko - amerykańskim. Drzwi dla niego otwarte były wszędzie: u burmistrza Chicago, u gubernatora, u senatorów, kongresmanów, u prezydenta, u wszystkich ważnych urzędników państwowych Podobnie, jak i jego następca, pan Alojzy Mazeeswki. On potrafil wspolpracować ze wszystkimi grupami - jedanoczył wszystkich, bez względu, skąd przyjechali.
- Młodszym przedstawicielom Polonii tamte czasy kojarzą się z jakimś swoistym “romantyzmem” - szeroka dziłalność charytatywna, masowe organizowanie imprez, zorganizowana pomoc rodakom mieszkającym w kraju...
- Tak istotnie było. Przypomnę jeszcze, że w latach 1939-1978 działała - oprócz Kongresu Polonii Amerykańskiej i Związku Narodowego Polksiego - Rada Polonii Amerykańskiej, która miała swe przedstawicielstwo w Warszawie. I ta własnie rada przekazała dla kraju w trakcie swej działalności 6 milionów dolarów. Biorąc pod uwagę choćby wartość dolara, którą to kwestię mimowolnie poruszyliśmy wcześniej, sumę tę można uznać za naprawdę imponującą. Rada Polonii wyposażyła wiele szpitali czy lecznic w aparaturę rentgenowską, ale w roku 1978... została rozwiązana, bo komunistyczne władze uznały, że Polsce nie jest już potrzebna zagraniczna pomoc. Ponadto rada wybudowała w Polsce fabrykę protez, i jeszcze wtedy, w latach 50., zainwestowała w same maszyny około 50 tysięcy dolarów. Nie muszę tłumaczyć, że jak na ówczesne przeliczniki, zwłaszcza w zapadłych czasach PRL-u była to kwota niemal astronomiczna. Władze PRL-u pięknie podziękowały radzie za jej działalność, rozwiązując ją.
- Pan też przez wiele lat włączał się w tę pomoc dla Polski...
- Chyba dla nas wszystkich był to wtedy jeden z najważniejszych, o ile nie njważniejszy cel naszej działalności. Przyznam, że bardziej wydajna była moja praca w Kongresie Polonii Amerykańskiej na stan Illinois, bo kongres robił piękną pracę. W samym 56.roku udało nam się zebraćc i wyslać 255 beczek odzieży. I ponad 500 indywidualnych paczek dla tych ludzi, którzy wówczas wracali do Polski ze Związku Sowieckiego. Przewodniczącą tej całej akcji była świętej pamięci Lidia Pucinska, matka Romana Pucinskiego i babcia Aurelii, działającej obecnie prawniczki. Niskromnie przyznam, że też bardzo poświęcałem się tej pracy. Sam pamiętam, jak przez cały tydzień pracowałem - do późnych godzin nocnych - pakując te przesyłki i nadzorując ich wysyłąnie...
- Ta działalnośc była wtedy wydajniejsza niż dziś. Ale i członków w polonijnych organizacjach było więcej....
- Na pewno było więcej. Związek Nardodowy Polski liczył wówczas około 350 tysięcy członków, podczas gdy dziś nie ma w nim nawet 100 tysięcy członków...
- Pozwoli Pan, że mu przerwę. Przed rokiem, podczas Konwentu ZNP, jego sekretarz, pan rank Spula, mówił o ponad 200 tysiacah certyikatów...
- Ale liczba certyfikatów nie jest równa liczbie członków. Ja sam posiadam cztery certyfikaty, podobnie jak i moja córka oraz i inne osoby z mojej rodziny. Znam wielu członków Związku, którzy też mają trzy czy cztery tekie certyfikaty. A przed laty ZNP to był wielki business. Za prezesury pana Rozmarka, za prezesury pana Mazeskiwego. Były lata, że ja sam zapisywałem rocznie około czterdziestu - pięćdziesięciu członków.
- A łącznie, w ciagu Pańskiej pięćdziesięciloletniej działalności, ile osób Pan wprowadził do Związku Narodowego Polskiego?
- Razem około 780 osób, którzy wykupili certyikaty na sumę półtora do dwóch milionów dolarów. Ta działalność bardzo człowieka wciągała. Zresztą działalność moja, i innych, obejmowała i inne zagadnienia - choćby organizację parad. Zbliżająca się parada będzie już moją 56. parda w Chicago, w której przemaszeruję. Każdy


Tęsknota za kartkami?
Słuchając słów pana Józefa Sikory nie sposób oprzeć się kilku refleksjom. Choćby związanych z pryncypialną, komunistyczną decyzją, jakoby Polsce w roku 1978 nie była potrzebna żadna zagraniczna pomoc, co zaowocowało wówczas decyzją rozwiązania Rady Polonii Amerykańskiej, która działała przez niemal 40 lat, bo od roku 1939. Przypomnijmy, że najważniejszą osobą w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej był wtedy I sekretarz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, w latach 70. był nim Edward Gierek. Nie chcę tu szukać win “pana Gierka” - jak o nim w czasie mego dzieciństwa mówiono. Trudno jednak w tamtej decyzji nie doistrzec paradoksu - jest rok 1978, rządzący krajem twierdzą, że Polsce nie jest potrzebna żadna pomoc, a już na pewno nie pomoc ze “zgniłego zachodzu, czyli Ameryki”. Rozwiązują Radę Polonii Amerykańskiej, która przelała do starego kraju ogromne sumy, w tym samym czasie... wprowadzając kartki na żywność. Bodaj pierwszym reglamentowanym dobrem był wtedy cukier, z roku na rok, z miesiąca na miesiąc kartki obejmowały coraz to nowe produkty: mięso, wędliny, słodycze, papierosy, alkohol, kawę, a nawet... buty (!). To nie przejęzyczenie - przeciętny obywatel Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej miał prawo nabyć bodaj dwie pary obuwia rocznie. Kartkami nie były co prawda objęte skarpetki, ale wprowadzono na nie dodatkowy podatek, traktując je jako.... “produkt luksusowy”. Na kartki była też benzyna, i był to jeden z najdłużej reglamentowanych produktów - zniesienie kartek nastąpiło bodaj w roku 1989. Wszystko to działo się w okresie, gdy władze rozwiązywały organizacje niosące krajowi wielomilionową pomoc, uznając ją za po prostu zbędną.
Nie mnie oceniać w tym miejscu działalność ekonomiczną Edwarda Gierka. Jako człowiek cieszył się opinią osoby uczciwej, prawej i chyba takim - były I sekretarz zmarł w roku 2001 - pozostał w pamięci tych, którzy żyli w jego czsach. Nie można mu zarzucać wielu czynów, jakie dziś są niemal na porządku dziennym wśród różnej maści polityków, a raczej “politykierów”. Albo najzwyklejszych, sprzedajnych szubrawców. Dziś, po latach, gotów byłbym skłonić się ku opinii, że Gierek miał po prostu złych, wręcz kryminalnych, doradców. I był zależny od Moskwy, która traktowała Polskę, jak kraj wasalny.
Niemniej w kontekście wypowiedzi pana Sikory zdziweinie musi budzić fakt, że niektóre środowiska chętnie widziałyby w roli nowego prezydenta... Adama Gierka, syna Edwarda. Pamięć ludzka, jak widać, jest krótka. Choć oczywiście nie można wymagać, by syn cierpiał za winy ojca, jak głosi porzekadło. Ciekawe, że gazetą lansującą Gierka - juniora (choć dziś już pana w sile wieku) jest... Trybuna, znana niegdyś jako “Trybuna Ludu”. Młodszym czytelnikom przypomnijmy, że stan wojenny, wprowadzoiny przez Wojciecha Jaruzelskiego był reakcją na powstanie “Solidarności”. Ruchu wyrosłego z buntu przeciw obniżeniu stopy życiiowej społeczeństwa, zaś inspiratorem “Solidarności” był Jan Paweł II.
A Trybuna” - była chyba jedynym periodykiem, jaki ukazywał się w pierwszych miesiącach stanu wojennego, może obok “Żołnierza Wolności”. Aż trudno znajdować w pamięci cytaty z tamtych czasów, warto chyba puknąć się jednak w głowę. I zrozumieć, dlaczego z Polonią Amerykańską nie liczono się zbytnio w ostatniej dekadzie, dekadzie prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego. Po prostu ci ludzie mają “antypoloniją” postawę już we krwi - tak byli ukształtowani od małego. Zachód jawił im się, jako siedlisko zła, a Polacy mieszkający w Stanach byli najgorszym sortem zdrajców ojczyzny. Nawet jeżeli pomoc z Ameryki mogła się okazać dal kraju (i ndla nich samych, jako rządzących) niezbędna, a nawet zbawienna... I wypada mieć nadzieję, że gdyby (ale na to akurat - na szczęście - szans raczej nie ma) młodszy Gierek został prezydentem, nie będziemy mieli na kartki słodyczy albo obuwia. A nawet gdyby - hipotetycznie - tak się stało, to .
Jerzy Filipkowski