Prawnicy, którym warto zaufać
- rozmowa Kuriera z Johnem Cushingiem, znanym
chicagowskim adwokatem, przedstawicielem kancelarii Ambrose
and Cushing
W naszym życiu zdarzają się sytuacje, w których nie możemy
obejść się bez pomocy prawnika. Szczególnie, jeśli my (lub
nasi bliscy) poszkodowani zostaliśmy w wyniku wypadku. Samochodowego,
w pracy albo podczas uprawiania sportu. Wiadomo, że wówczas
- oprócz uzyskania niezbędnej pomocy medycznej - musimy skontaktować
się z prawnikiem, choćby w celu uzyskania odszkodowania za
doznane straty. Najlepiej, jeśli jest to prawnik doświadczony
w swej dziedzinie. Takim z pewnością jest John Cushing, współzałożyciel
słynnej już chyba na całe Stany kancelarii Ambrose and Cushing,
mieszczącej się pod adresem 221 N. LaSalle w downtown.
John Cushing ukończył szkołę prawniczą na Loyola University,
a w roku 1980 - wespół z Johnem Ambrose - otworzył własną
kancelarię. Zespół liczy obecnie już sześciu pracowników,
którzy maja na koncie już tysiace spraw o odszkodowania. Trzeba
zaznaczyć, że John Cushing i jego współpracownicy nie zajmnują
się sprawami innego typu, niż o odszkodowania. Nie warto zatem
dzwonić do nich w sprawach rozwodowych, w sprawach imigracyjnych
bądź w sprawach o utracone prawo jazdy. Z całą pewnością warto
im jednak zaufać w sprawach o odszkodowania. Przemawia za
tym nie tylko wieleoletnie doświadczenie w tej dziedzinie,
ale i inne fakty. Choćby to, że od momentu przejęcia sprawy
do chwili jej wygrania kancelaria nie pobiera od klientów
ŻADNYCH opłat. Choć sam pan Cushing nie mówi po polsku, dysponuje
mówiącymi po polsku tłumaczami. Można się z nimi skontaktować
pod numerem telefonu 1 - 312 - 726 - 1470.
Przedstawiając Johna Cushinga należy podkreślić, że sprawy
prowadzone przez niego miały - i ciągle mają - wpływ na amerykańskie
prawodastwo. Tak było przed laty, gdy zajmował się sprawą
studentki, zamordowanej w wagonie kolejki miejskiej CTA. Obecnie
pan Cushing też walczy o zmianę standartów dotyczącą używanych
powszechnie pił mechanicznych, które - niestety - są przyczynami
wielu wypadków. O tej sprawie, a także o innych postanowiliśmy
porozmawiać z Johnem Cushingiem.
- Reprezentuje Pan interesy poszkodowanych w wypadkach oraz
ich rodzin już od wielu lat...
- Szkołe prawniczą na Loyola University ukończyłem w roku
1976, więc rzeczywiście to już przwie 30 lat. Powiem jednak,
że praktyka mojego współpartnera, Johna Ambrosea jest jeszcze
dłuższa, sięga bowiem poczatku lat 60. Razem otworzyliśmy
kancelarię w roku 1980, a obecnie w jej skład wchodzi sześciu
prawników. Pochodzę z licznej rodziny, było nas ośmioro rodzeństwa,
z czego aż czwórka z nas została prawnikami. Obecnie w skład
naszego zespołu wchodzi także mój brat, Thomas, a w ubiegłym
roku nasz skład zasilił mój syn, Michael, który także jest
absolwentem prawa. Ale chciałbym powiedzieć jeszcze słówko
o działalności mojego partnera - Johna Ambrosea, który już
od kilkudziesięciu lat pomaga osobom poszkodowanym przez los,
którzy potrzebują pomocy prawnej. Wszystkich traktuje z jednakową
troską - bez względu, czy klientami są duże firmy, czy tez
prywatne osoby. Nie ma dla niego znaczenia, czy ewentualne
odszkodowanie w sprawie, którą przejmuje jest wielomilionowe,
czy tez jest to kwota niewielka. Działalnośc Johna bardzo
mnie insipruje, podobnie, jak i on, staram się w każdą sprawę
włożyć maksimum wysiłku. Miło mi, że w środowisku prawniczym
nasze kwalifikacje są doceniane.
- Także i przez konkurencję?
- Tak się składa, że inni prawnicy często powierzają nam swoje
sprawy, wiedząc, że specjalizujemy się właśnie w procesach
o odszkodowania. Chcę też wyjaśnić, że o ile większośc prawników
pracuje dla korporacji bądź firm, my skupiamy się głównie
na pracy z indywidualnymi klientami. Oczywiście, pośród prowadzonych
przez nas spraw są i takie, w których odszkodowania sięgały
i po kilka milionów dolarów. Tak było choćby w przypadku pewnego
mieszkańca Libertyville, który w wypadku samochodowym stracił
żonę i dzieci. Ale nie ma dla nas spraw zbyt małych, nie
tak dawno temu prowadziliśmy sprawę pewnej pani, w której
odszkodowanie było doprawdy symboliczne, a prowizja nie zrekompensowała
nawet naszych własnych kosztów. Niemniej, największą satysfakcję
sprawiła nam radość tej kobiety, która - po usłyszeniu korzystnego
wyroku - rzuciła się memu bratu na szyję. Chodziło o wypadek,
który na jakiś czas pozbawił tę panią możliwości wykonywania
zawodu. A przeciez musiała płacić swoje rachunki, musiała
się z czegoś utrzymywać. I my tez cieszyliśmy się, że mogliśmy
jej pomóc.
Oczywiście, najwięcej pieniędzy zarabia się na dużych sprawach,
ale w naszej działalności jest bardzo dużo miejsca na sprawy
mniejsze, sprawy osób indywidualnych, które przeżyły swoje
dramaty i mają pełne prawo być przez nas reprezentowanymi.
- Niemniej wiele osób boi się, że prawnik weźmie ogromny zadatek,
a sprawę albo załatwi, albo i nie załatwi. Niestety, słyszy
się o takich przypadkach...
- Wstyd mi za takich prawników, którzy biorą pieniądze z góry,
nawet jeśli wiedzą, że szanse na wygranie sprawy nie są duże.
My przejmując sprawy nie bierzem - aż do momentu ogłoszenie
korzystnego dla klienta wyroku - nawet jednego centa. I bez
znaczenia jest dla nas, jakiego typu wypadkowi ktoś uległ.
Przejmujemy wiele spraw, których podjęcia się inni prawnicy
odmawiali. I wszystkie wydatki, jakie sprawie towarzyszą,
pokrywamy sami. Bo zdajemy sobie sprawę, że wielu ludzi po
prostu na to nie stać. Przecież niejednokrotnie, jako poszkodowani
w wypadku, nie mogą wykonywać swej pracy, nie mają źródła
dochodu. A muszą pokrywać wydatki. Na życie, na leczenie...
Dlatego my - podkreślam - nie bierzemy ani centa z góry. Choć
przecież sami ponosimy wydatki - musimy niejednokrotnie opłacić
tłumaczy, musimy zapewnić transport ewentualnych świadków
zdarzenia, musimy pokryć inne koszta, w zależności od charakteru
sprawy. To mniej lub bardziej skomplikowane ekseprtyzy, usługi
różnych rzeczoznawców, a nawet stenotypistów sądowych. Ale
piwresze pieniądze bierzemy dopiero PO OGŁOSZENIU wyroków
sądowych. Tu muszę zaznaczyć, że pobieramy od naszych klientów
odestek od przyznanych im sum. Ale przejmując sprawę nie pobieramy
ani centa.
- Brzmi to zbyt pięknie, by mogło być prawdziwe....
- Ale tak właśnie jest, choć zdaję sobie sprawę, że nie jest
to łatwe. Że oprócz wydaktów musimy poświęcić nasz czas, nierzadko
czas prywatny. I zdajemy sobie sprawę, że zawsze istnieje
ryzyko przgrania sprawy. Ale mamy satysfakcję, że nasze biuro,
nasze nazwiska są znane wśród chicagowskich prawników do tego
stopnia, że inni prawnicy przekazują nam swoje sprawy.
- Ludzie boją się zwracać o pomoc prawną
Jerzy
Filipkowski
|