Pogoda

Radio Polonii 2000
Wietrzne Radio 1080am
GPDesigning.com

Lista Wildsteina w Chicago
Kim są Edward Kurczaba i Henryk Zygmunt?

Jak można było przypuszczać, pojawinie się w internecie “listy Wildsteina” zaczyna wzbudzać ciekawe dyskusje i w Chicago. Na poczatku jednak należy się wszystkim czytelnikom słowo wyjaśnienia, a raczej przypomnienia, bo chyba spora część czytelników zdążyła już odwiedzić internetową stronę, na której zawartość dyskietki, wyniesionej z IPN-u przez Brnisława Wildsteina, opublikowano.
Wiadomo, że lista jest tylko i wyłącznie zbiorem archiwów Instytutu Pamięci Narodowej, swoistym “spisem treści” wszystkich nazwisk, jakie pojawiają się w zasobach placówki. Wchodząc na stronę internetową od razu znajduje się przypomnienie - bardzo słuszne! - że “nawet najrzadziej spotykane nazwisko nosić może kilka osób”. Na marginesie - otrzymaliśmy już wiele sygnałów, a i nasze spostrzeżenia się z nimi pokrywają - że lista Wildsteina nie jest pełna. Przykład - przed laty mieszkał na naszym osiedlu (a było tak chyba wszędzie w PRL-u) pracownik Służby Bezpieczeństwa. Wszyscy mieszkańcy doskonale znali jego nazwisko, a i on nie krył się zbytnio ze swoją rolą. Nie wiem, czym zajmował się w pracy, jednak pamiętam, że okolicznym mieszkańcom załatwiał od czasu do czasu jakieś dodatkowe kartki (młodszym czytelnikom wypada przypomnieć - żywność, używki, benzyna i inne dobra były w latach osiemdziesiątych reglamentowane), jakiś talon na odkurzacz, jednym słowem - osiedle miało z niego swoisty pożytek. Oczywiście, sprawdziłem w liście nazwisko nieżyjącego już sąsiada, i... nie odnalazłem go. Jednym słowem - brak jakiegoś nazwiska na liście nie musi automatycznie oznaczać braku związków danej osoby ze służbami specjalnymi PRL-u, choć - rzecz jasna - takie prawdopodobieństwo znacznie zmniejsza.
Natomiast nie ździwiło mnie pojawienie się na rzeczonej liście kilku nazwisk doskonale znanych z działalności publicznej, w strukturach polonijnych organizacji. Tajemnicą poliszynela było, że wielu agentów służb PRL-owskich skupionych było wokół funkcjonujących w “wietrznym mieście” polonijnych biur podróży. Zaznaczam, że na razie jeszcze nie mamy potwierdzenia co do tożsamości pewnych osób, na pewno jednak zastanawia pojawienie się na “liście Wildsteina” nazwiska Edwarda Kurczaby. Być może identycznie brzmiące imię i nazwisko nosi zupełnie inna osoba, ale tak właśnie nazywa się właściciel biura podróży “Mirage”, ojciec prawnika cały czas pełniącego funkcję prezesa Kongresu Polonii Amertykańskiej w stanie Illinois. Kolejne ciekawe nazwisko na liście to Henryk Zygmunt. Oczywiście, Zygmunt nie jest tak popularnym nazwiskiem jak Kowalski (samych Janów Kowalskich naliczyliśmy kilkunastu), ale... nie mozna wykluczyć, że chodzi o popularnego piosenkarza, a także aktywisty placówki 90. Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej.
Wyjasnienie tożsamości obydwu dżentelmenów przez zespół redakcyjny “Kuriera” to kwestia czasu. O efektach poinformujemy państwa jak najprędzej. Prywatnie mam nadzieję, że chodzi o inne osoby, bo ubu panów znam osobiście.
Tymczasem w “awnagardzie” polonijnej lustracji wystąpił - jak mozna było przewidzieć - radiowiec Adam Dyczkowski, któremu przed tygodniem poświęciłem kilka słów. Wtedy oczywiście nie miałem zielonego pojęcia, że już parę dni później w internecie pojawi się rzeczona lista Wildsteina, ale pojawienie sie jej tylko potwierdziło moje obawy, co do rzetelności dziennikarskiej prezentera “Radia Express”. Otóż bodaj we wtorek redaktor Dyczkowski zapowiedział w swej audycji, że już jutro powie więcej na temat postaci z listy, mieszkających w Chicago. Z nadzieją włączyłem radio i.... po odczytaniu bieżących wiadomości oraz materiałów promocyjnych, podniecony Dyczkowski stwierdził, że na liście pojawiło się nazwisko Jana Marii Fijora, współpracownika redakcji “Kuriera”. Dyczkowski pospiesznie dodał, że Fijor przynzał się do współpracy ze stosownymi słuzbami, powołując się na oświadczenie Janusza (tak zwracamy się do kolegi Fijora) na jego stronie internetowej: www.fijor.com. Oczywiście, prezeter nie podał w radiu nazwy tej strony, bo wnikliwi słuchacze - którzy zadaliby sobie trud sprawdzenia treści tego oświadczenia - z łatwością wykryliby ewidentne kłamstwo, podane w eterze przez pana Dyczkowskiego. Treść oświadczenia Jana Marii Fijora prezentujemy poniżej, a tymczesem wróćmy do “Radia Express”. Moment później rozpromieniony prezenter przypomniał, że wydawca “Kuriera”, Adam Ocytko ścigał agentów, oferując pięć tysięcy dolarów za każdego ujawninego. Tu akurat Dyczkowski (jak to z reguły bywa) trafił kulą w płot - taka akcję prowadził przed laty Michał Kuchejda, wydwca “Dziennika Chicagowskiego”, i to w czasach, gdy “Kurier” jeszcze nie istaniał - bodaj w roku 1992.
I co dalej? Czekając, że pan Dyczkowski istotnie powie coś na temat mieszkających w Chicago osób podejrzanych o współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa PRL-u srodze się rozczarowałem. Bo prezenter z miejsca przeszedł na “tematy ogólniejsze”, słowem nie zająknął się nawet o obecności na liście Wildsteina Edwarda Mazura, którego wcześniej dość ostro atakował.
Całe zachowanie prowadzącego “Radio Express”dziennikarza tylko potwierdziło moje obawy, które przed tygodniem wyraziłem. Pan Dyczkowski za wszelką cenę (można się tylko domyślać, dlaczego) stara się bronić osób z “postpeerelowskiego układu”, którzy - wiedzeni chyba jakimśc instynktem zachowawczym - przypuścili niedawno medialny atak na kilka postaci z polonijnej prawicy, głównie na Adama Ocytkę i Łucję Śliwę, znaną z patriotyzmu i bezkompromisowej postawy prezenterkę “Otwartego Mikrofonu”. Podkreślam to, co napisałem tydzień temu - nie mam zamiaru atakować przezntera Dyczkowskiego, on sam doskonale wie, że jest tylko marionetką w rękach kilku sterujących nim osób, od których regularnie dostaje “wytyczne”. Wyczuł swoją szansę, licząc, że krzykliwy ton popołudniowej audycji przysporzy mu splendoru i pozwoli pozyskać słuchaczy. Sam szczerze przyznał, że swoistego “błogosławieństwa”, czyli zwolnienia z obowiązku używania tzw. opóźniacza udzieliła mu Emily Leszczynski, dyrektor programowy rozgłośni i kuzynka prezesa Kongresu Polonii Amerykańskiej - pana Edwarda Moskala. Oczywiście wtedy, gdy trwały niewybredne ataki na pp. Ocytkę i Śliwę - pomówienia o czyny karalne, pomówinia o kradzieże, a nawet morderstwa i usiłowanie moredrstwa. I to w czasie, gdy sporą częśc słuchaczy stanowią dzieci i młodzież. O języku niektórych słuchaczy już nie wspominając... Widać “tonący brzytwy się chwytał” - można tak skonkludować postepowanie niektórych działaczy Kongresu. Bo pojawinie się na liście Wildseina nazwisk ich najbliższych współpracowników kompromituje do cna “grupkę trzymającą władzę” w Kongresie Polonii Amerykańskiej, a która - podjrzewam - działa już zupełnie niezależnie od wiedzy i woli schorowanego oprezesa Moskala. Ludzie ci doskonale wiedzą, że postpeerelowski układ, jaki “obowiązywał” w Chicago właśnie się kończy. A układ ten pozwalał im zachować ciepłe posadki, przyjmować benefity i - jak to się oględnie mówi - wpływać na życie chicagowskiej Polonii.
Jak się spodziewałem - na publikację listy Wildsteina Dyczkowski zareagował histerycznie. Bo chyba trudno inaczej nazwać powielenie na antenie kilku ewidentnych kłamstw i to w odstępie ledwie paru minut. Może warto zgłosić pana Dyczkowskiego do listy rekordów Guinessa, boć chyba nie na co dzień taki stek kłamstw zdarza się słyszeć z radiowej anteny. Mogę się tylko domyslać, że przemilczenie kliku nazwisk polonijnych działaczy, które się pojawiły na liście też nastapiło na czyjeś “polecenie służbowe”. Dlaczego? - to chyba jasne. Zastanawia też, dlaczego tak gorliwie na jednej ze stron internetowych wystąpił inny dziennikarz związany z wczesniej opisaną “grupką”, czyli Wojciech Minicz. Widać, że podobnie jak Dyczkowski czym prędzej chce “odwrócić kota ogonem”, dyskretnie przemilczając kilka znanych w polonijnym środowisku nazwisk. A pospiesznie wskazując rzeczonego wcześniej Janka Fijora i... samego prezesa Moskala. Od razu wyjaśniam - w tym wypadku istnieje duże prawdopodobieństwo zbieżności nazwisk, zresztą - z tego co wiem - pan Moskal nie posiada polskiego obywatelstwa, a na liście Wildsteina znajdują się tylko obywatele polscy. Chyba jasne jest, że zatem, że co poniektórzy dziennikarze starają się czym predzej odwrócić uwagę od nazwisk naprawdę istotnych.
Szkoda tylko, że broniąc rękami i nogami pewnych działaczy redaktor Dyczkowski nie pierwszy juz raz posługuje się ewidentnym kłamstwem. Bo oznacza to przede wszystkim brak szacunku dla słuchaczy, a ja w końcu do takich (choć tylko “okazjonalnie”) też się zaliczam. I “rzetelność” pana Dyczkowskiego każe mi juz wątpić, czy - jak zapewnia sam Dyczkowski - najbardziej udane urodziny spędzę w towrzystwie doktora Janusza Kusza i czy pijąc sok godżi nie osiwieję. Bo słuchając kłamstw powielanych przez preentera w eterze obawiam się, że niejeden z jego słuchaczy może osiwieć. Ze zgrozy....
Jerzy Filipkowski