Desant na Kaczyńskiego
Najszerzej komentowanym w ostatnich dniach wydarzeniem w Chicago
była oczywiście wizyta prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej,
Lecha Kaczyńskiego. Niespełna dwudniowy pobyt prezydenta w
wietrznym mieścieukoronował bankiet, jaki odbył się w piątkowy
wieczór w sali White Eagle w Niles.
Trzeba przyznać, że podczas piątkowej imprezy nie brakowało
zaskakujących momentów - jeszcze przed jej rozpoczęciem można
było dostrzec kilkunastoosobową grupkę... gejów, którzy urządzili
sobie protest stojąc po drugiej stronie Milwaukee Ave., przy
cmentarnym parkanie. Protest wiązał się z programami telewizyjnymi
wyemitowanymi w Chicago, a przedstawiającymi Kaczyńskiego
jako homofoba. Bo wiosną 2004 roku - jeszcze jako prezydent
Warszawy - nie chciał wyrazić zgody na organizację parady
równości w stolicy. Parada ostatecznie się odbyła, ale kochający
inaczej nie mogli tego prezydentowi zapomnieć.
Dostojnego gościa powitał prezes Kongresu Polonii Amerykańskiej,
Frank Spula, przedstawiony przez prowadzącego Jacka Niemczyka
jako... Franek. Nawet, jeli to tylko przejęzyczenie, to bez
dwóch zdań sympatyczne. Spula zauważył, że wyniki wyborów
w Polsce dają szansę zmian na lepsze. Przypomniał też najpilniejsze
kwestie, dotyczące zarówno amerykańskiej Polonii, jak i rodaków
mieszkających w kraju.
Później przemówienie wygłosił sam prezydent, ale widać było,
że jest - jak głosiły pogłoski - nieco przeziębiony. Kaczyński
mówił jednak konkretnie - stanowczo zaprotestował przeciw
pojawiającym się niekiedy (na szczęście już coraz rzadziej)
określeniom polskie obozy koncentracyjne. Zgodnie z przewidywaniami
zadeklarował chęć budowy IV Rzeczpospolitej, nie odcinając
się jednak od III RP, doceniając jej pozytywy: - Chcemy dać
szanse tym, którzy przez ostatnie 16 lat szansy takiej nie
mieli. Chcemy, by w Polsce mniej było ludzi przegranych i
czujących się odrzuconymi - zadeklarował. Doceniał też rolę
Polonii - życzył polonijnym organizacjom, by były coraz silniejsze,
a ich wpływy coraz większe. Ponad tysięczna publiczność zgotowała
prezydentowi stojącą owację oraz gromkie Sto lat.
Pewnym zaskoczeniem dla zebranych było wzniesienie ku czci
gościa toastu (nieco przydługiego, bo trwającego kilkanaście
minut) przez pana Krzysztofa Kurczabę, prezesa wydziału stanowego
Kongresu Polonii Amerykańskiej. Toast o tyle zaskakujący,
że jeszcze niewiele ponad rok temu pan Kurczaba stanął na
czele swoistego komitetu powitalnego ówczesnej prezydentowej,
pani Jolanty Kwaśniewskiej. W tym celu założył nawet własną
organizację United Poles, choć jako szef wydziału stanowego
KPA nie powinien (i nie mógł) był tego czynić. Plany pana
Kurczaby podówczas nie wypaliły, zatem zamiast przepijać do
Kwaśniewskiej, przepijał Kurczaba do Kaczyńskiego.
Kolejnym zaskoczeniem było pojawienie się na sali bankietowej
pana Grzegorza Popielarza, który jeszcze w sierpniu ubiegłego
roku sprowadzał do Chicago Jana Marię Rokitę, według sondaży
murowanego wówczas kandydata na premiera, oczywiście w świetle
zbliżających się jeszcze wtedy wyborów parlamentarnych i prezydenckich.
Widać jednak, że gdy pan Popielarz zapoznał się z wynikami
owych wyborów szybko zmienił skórę. Problem w tym, że sympatyczny
skądinąd pan Grzegorz fartu jakoś swym współpracownikom dotąd
nie przynosił. Przed laty pracował jako rzecznik prasowy preydenta
Lecha Wałęsy, i - niestety - krótko później Wałęsa przegrał
wybory na rzecz Kwaśniewskiego. Później reprezentował w Chicago
AWS Mariana Krzaklewskiego, m.in. kwestując na upadającą Stocznię
Gdanską i nadzorując licytację mercedesa - nagrody tygodnika
Wprost dla Krzaklewskiego. Jaki los spotkał ugrupowanie panów
Krzaklewskiego i Popielarza, wszyscy wiemy... Zaczepił się
zatem w klubie sportowym - Polonii Warszawa, ale i popularnym
czarnym koszulom szczęścia nie przyniósł. Popielarza co
prawda w Polonii już nie ma, ale jej piłkarze coraz blizej
są już drugiej ligi piłkarskiej. A wspomniany wcześniej Rokita,
którego Popielarz sprowadził do wietrznego miastateż już
leci do politycznej drugiej, a może i trzeciej ligi. Widząc
podchody Popielarza w kierunku Kaczyńskich chicagowscy zwolennicy
Platformy Obywatelskiej już zacierają rece, że udało im się
wyekspediować takiego to Jonasza do konkurencji... Zaś sympatycy
PiS-u (do których i nizej podpisany sie zalicza) wyraźnie
są tym faktem zaniepokojeni.
Warto też pamiętać, że niektórzy obracający się wokół Kongresu
Polonii Amerykańskiej dziennikarze - dziś tak usłużnie nadskakujący
zwycięzcy październikowych wyborów - wcześniej na pewno nie
jemu to kibicowali. Wystarczy przypomnieć artykuł Polonia
głosuje na Tuska, jaki jeszcze w październiku (krótko przed
II turą wyborów prezydenckich) ukazał się na łamach Dziennika
Związkowego, którego redaktorem naczelnym jest Wojciech Białasiewicz.
Mimo takich zapewnień, w Chicago (i - ogólnie biorąc - strefie
Midwestu) urzędujący obecnie prezydent uzyskał około 75 procent
głosów. Warto zatem zadać sobie pytanie: czy w slad za Kaczyńskim
nie podąża jakiś desant karierowiczów - chowu tak lokalnego,
jak i krajowego...
Wróćmy jednak do samego Kaczyńskiego - cieszy, że wreszcie
polscy politycy, w tym sam prezydent doceniają Polonię i deklarują
chęć znacznie bardziej ścisłej niż w przeszlości, współpracy.
Pamiętajmy, że Kaczyński przybył do wietrznego miasta już
w drugim miesiacu swego urzędowania, podczas gdy jego poprzednik
na urzędzie - Aleksander Kwaśniewski w ciagu dziesięciu lat
ani razu nie pofatygował się, by choć na moment pojawić się
w największym skupisku Polaków poza granicami raju. Czas pokaże,
czym ta (i inne, ostatnio jakby coraz liczniejsze) wizyta
zaowocuje, czy nie skończy się li tylko na okrągłych zdaniach.
Trzeba przyznać, że organizatorzy - biorąc pod uwagę naprawdę
dużą liczbę uczestników - stanęli na wysokości zadania. Pewną
niedogodnością był dla niektórych bezwzględny zakaz opuszczania
sali bankietowej podczas przemównień oficjeli, co wiązało
się ze względami bezpieczeństwa. Nie było wyjatków, i nawet
ci z najpilniejszą potrzebą musieli karnie czekać do przerwy.
Ale na pewno wszyscy, którzy pojawili się w miniony weekend
u Przybyły (około 1200 zaproszeń rozeszło się błyskawicznie)
wyniosą z piątkowego wieczoru niezapomniane przeżycia. I przez
długi czas będą mieli co wspominać.
Tekst i zdjęcia: Jerzy Filipkowski
|