Pogoda

Radio Polonii 2000
Wietrzne Radio 1080am
GPDesigning.com

Wszyscy jesteśmy “spekulantami”
“Maryja rzekła: niech mi się stanie”


I. Kiedy Duch Święty ustanawia Kościół (Zielone Świątki), wspólnotę świętych, wszyscy, którzy pozwalają napełnić się Duchem, zaczynają dalej przekazywać to życie (łac. missio), które przyjmują, nie myśląc o tym, by otrzymać coś w zamian.
Ci, którzy prawdziwie żyją Duchem, otrzymują życie Boże, dając je innym. W ten sposób wszyscy stajemy się pożyteczni dla siebie nawzajem. Ponieważ Kościół tutaj, na ziemi, składa się jeszcze z grzeszników, jest zapewne wielu takich, którzy czerpią korzyści z wyrzeczenia innych, sami nie będąc gotowi dawać. Jednak do pewnego stopnia wszyscy “spekulują” we wspólnocie świętych.
II. Nawet najwięksi święci czerpią korzyści z Maryjnego “tak” - fiat, wypowiedziane archaniołowi Gabrielowi przy Zwiastowaniu. Nazaret. Wszyscy chronią się pod Jej płaszczem. (Na Jasnej Górze klęczał nawet sam Józef Oleksy i inni komuniści, aby tylko “naród” widział).
Potem święci i w kolejności my wszyscy, pozwalamy innym czerpać korzyści z tego małego albo wielkiego “tak”, które mówimy Bogu, podobnie jak sami z ich “tak”.
W Kościele istnieje absolutna wspólnota i to jest niewyczerpalnym źródłem pociechy. Ta wspólnota jest przede wszystkim niewidzialna i w pełni możemy nią żyć tylko w wierze. Jednak naszym zadaniem jest też czynić ją widzialną na tyle, na ile nas stać.
Jakież bogactwo wiedzieć, że miłość Maryi i św. Pawła, Franciszka, Małej Teresy, Maksymiliana, Brata Alberta czy Jana Pawła II też należy do ciebie? Wobec takiego bogactwa możesz znaleźć prawdziwą pokorę, otrzymujesz bowiem nieskończenie więcej, niż sam możesz dać. Im więcej przyjmujesz, tym czujesz się uboższy. Jednak właśnie przez swe ubóstwo, będziesz w stanie przyjąć jeszcze więcej i bezinteresownie przekazywać to dalej.
Duch Święty będzie z Tobą!

Wybrał i opr. Jan Darłak


***

Strach rodzi bohaterów

W obronie tchórzostwa - pisze Stefan Kisielewski (1911-1991)


I. Wychowywano nas w kulcie odwagi - w ogóle odwaga w Polsce ceniona była przede wszystkim: tchórz to był epitet najbardziej hańbiący, ten, kto się bał, chował to w sobie głęboko, aby nie narazić się na wstyd. W gruncie rzeczy tego typu kult odwagi był zarazem kultem pychy i obłudy: uważano, że strach jest czymś uwłaczającym, przyznanie się do strachu czymś śmiesznym i dyskwalifikującym. Cnoty chrześcijańskie jak pokora i cichość serca, znane były ze słyszenia, lecz w istocie rzeczy nie bardzo cenione; odwagę za to ceniono nadzwyczajnie i premiowano nieproporcjonalnie. Duży wpływ na ten stan rzeczy miała może i postawa młodych kobiet, które w Polsce, jak wiadomo, przepadają tylko za odważnymi. Podjąłbym chętnie próbę obrony tchórzostwa, a raczej tego, co się potocznie za tchórzostwo uważa, aby w rezultacie dojść do nowej koncepcji odwagi - bo stara nadaje się już zdecydowanie do lamusa.
Przede wszystkim nie cenię wrodzonej odwagi fizycznej, nie cenię tego, że ktoś się wcale nie boi - przeciwnie, uważam to za rodzaj kalectwa. Kto się nie boi, ten nie ma w tym żadnej zasługi - zasługę ma tylko ten, kto pokonywa swój strach dlatego, ponieważ uważa to za słuszne lub potrzebne. (Walka przed kolektywizacją gruntów za czasów stalinowskich miała związek z odwagą - JO). Ale pokonywać strach należy bez junackiej pozy, należy to robić jawnie, strach bowiem nie jest czymś, czego należałoby się wstydzić - przeciwnie: strach jest dla mnie formą zwątpienia o sobie, a więc formą podwójności czy w ogóle złożoności psychicznej, cenię zaś jedynie ludzi złożonych, nie prostych.
Oczywiście w tym miejscu wybuchnąć by mogła szeroka dyskusja na temat tego, co jest więcej warte: komplikacja czy prostota. Dyskusję tę, korzystając z prawa felietonisty, na razie uchylam: nie piszę tutaj wszak traktatu filozoficznego, lecz szkicuję sugestie - może z nich ktoś skorzysta, może je ktoś rozwinie, uwzględniając wszelkie zastrzeżenia. Przy tym obawiam się, że dyskusja o komplikacji i prostocie mogłaby łatwo, jak to często bywa, stać się dyskusją o słowach, a zagubiono by w niej - człowieka.
II. Tymczasem człowiek przez duże C, to moim zdaniem - zawsze konglomerat i komplikacja: po badaniach wielkich psychologów, fizjologów i psychofizjologów, a także po takich odkrywczych książkach, jak “W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta (fr.), czy “Ulisses” Joyce’a (ang.), wydaje mi się, że nikt już nie wierzy w monolity. Dzisiejszy bohater to człowiek złożony, nie zaś junak bez trwogi: trafia się wprawdzie i w życiu junak bez trwogi, lecz ten właśnie bohaterem nie jest, bo zasadniczym składnikiem ludzkiego bohaterstwa jest trwoga - strach rodzi bohaterów. (Dostojewski, Tołstoj, Hemingway) [...]
Cóż to jest o dwaga intelektualna? To odwaga niecofania się przed własną myślą, przed wysnuciem z niej najostatniejszych konsekwencji, choćby konsekwencje te groziły nam okrutną i permanentną utratą spokoju wewnętrznego i zadowolenia z siebie. Nieraz największy junak cofa się przed nadaniem ostatecznego kształtu własnej myśli, jeśli myśl ta w swej konsekwentnie skrystalizowanej postaci pozbawić go może komfortu psychicznego, jaki daje mu odwaga, poczucie spełnionego obowiązku i ... mgła duchowa. Człowiek kocha złudzenia, bo dają mu one spokój: zdecydować się, w imię prawdy i rzetelności wobec samego siebie na pozbawienie się spokoju, na rozterkę dotyczącą siebie, która to rozterka dostarcza cierpień srogich jak tortury, najtrudniej bowiem znieść wątpienie o sobie - oto odwaga intelektualna. (...) Zaciekły pęd do prawdy miał jeden z najodważniejszych ludzi intelektu w Polsce - Karol Irzykowski (oprócz Tadeusza Kotarbińskiego). Nie tylko w swej twórczości, ale i w nieskończenie licznych, niestrudzonych rozmowach uporczywie gmerał w swoim i cudzym aparacie psychicznym, odkręcał śrubki, zdejmował tarcze, wyciągał sprężynki, powodowany właśnie szczytną pasją dotarcia do rozterki najistotniejszej, rozwiązania konfliktu najczęściej zasadniczego. Gdy mu ktoś zwrócił uwagę, że to nikomu nie przynosi szczęścia, odpowiadał: - A któż to powiedział, że człowiek ma być szczęśliwy? Oto odwaga heroiczna: poświęcić swój spokój wewnętrzny, skazać się na tak wymyślną troturę, jaką jest złe lub dwuznaczne mniemanie o sobie - w imię miłości prawdy. Taki ideał odwagi stawiam, a wobec niego wszelka odwaga fizyczna czy psychofizyczna schodzi na plan drugi. Jeśli zachowam się tchórzliwie w zajściu ulicznym, to rozterka w jaką z tego powodu popadnę, później może być więcej warta dla mojego rozwoju duchowego, niż gdybym był zachował się odważnie. Chwilowy paraliż odwagi i orientacji u “Lorda Jima” jest niczym wobec gmachów moralnych, jakie zbudował on następnie na tym przeżyciu. Tchórzostwo przed myślą jest tchórzostwem, tchórzostwo przed śmiercią, przypadkiem czy gwałtem, jest problemem arcyludzkim, bo złożonym jak sam człowiek. A więc o rewizję naszych pojęć, tyczących się tchórzostwa i odwagi wnoszę.

Stefan Kisielewski: “Rzczy małe”. Wyd. Iskry. Pisma wybrane. Warszawa, 1998

Wybrał Jan H. Darłak



***

Refleksje - religia

Paraliż duchowy

Przyjdę i uzdrowię go (Mt 8, 5-11)


I. Tak przed wiekami postanowił Bóg: że przyjdzie w ludzkiej postaci, aby uzdrowić świat, świat schorowany, sparaliżowany przez namiętności, uwikłany w grzechu. Jak do setnika mówi Bóg: przyjdę i uzdrowię go mocą mej Prawdy i Łaski, oświecę go i podźwignę z upadku. Bo kochać to znaczy powstawać - i iść dalej...
Adwent to czas oczekiwania na to przyjście. Właściwie cała historia ludzkości, od momentu grzechu pierworodnego, od wygnania z raju aż po dzień dzisiejszy, także osobista historia każdego z nas - jest czasem oczekiwania, jest nieustającym Adwentem. Wciąż wyglądamy zmiłowania boskiego i wołamy o to zmiłowanie “w nocy głębokiej”. Wciąż czujemy się w sytuacji schorowanego biedaka, który przedstawia Bogu (czy Matce Bożej) coraz to nowe prośby i potrzeby.
Czy jednak wśród tych próśb nie zapominamy o sprawie najważniejszej: czy dajemy pierwszeństwo potrzebom duszy, potrzebie pojednania i zjednoczenia z Bogiem?
Dla tej właśnie sprawy Bóg przychodzi na ludzki świat (na ten padół płaczu i cierpienia); bez Jego obecności, bez Jego światła i ciepła człowiek jest sparaliżowany w swoim życiu duchowym. Paraliż to bezruch, ograniczenie czynności człowieczych, to beznadzieja, to choroba nieodwracalna - to cierpienie i ból. Człowiek taki chciałby działać, ale nie może, są chęci, ale nie ma sił - jak w tym góralskim kawale.
III. Czy w naszej duszy daje się zaobserwować jakiś ruch ku lepszemu? Czy mamy tę pozytywną energię, która popycha nas ku dobru, ku Prawdzie, ku postępowi? Czy jest w nas coraz większa żywa wiara, większa cierpliwość, opanowanie, ustępliwość, życzliwość dla drugich, wyrozumiałość etc. Czy nie tkwimy w miejscu wg. zasady, dobrze jest jak jest? Czy ten nasz brak postępu ni ejest objawem jakiegoś paraliżu? Już nam ktoś 100 lat temu wypomniał taki paraliż woli, gdy pisał: “Dużo by już mogli mieć, tylko oni nie chcą chcieć” (Stanisław Wyspiański, 1907).
Jeśli uważamy, że dobrze jest jak jest - byłaby to rezygnacja z postępu, ale rezygnacja z postępu zw dobrem to coś gorszego, niż zastój: “to prawdziwy paraliż duchowy”.
Postawa setnika w Ewangelii (mateuszowej) jest postawą wiary i pokory. On też oczekuje spełnienia swej prośby, ale jego pokora niewiele się naprasza, a jego wierze wystarczy jedno słowo Uzdrowiciela.
I my nasze oczekiwanie adwentowe wypowiedzmy w słowach:
Panie, dusza moja niemocna... ułomna... zagubiona... zniechęcona.
Nasza zaś pokora i wiara znajdą swój wyraz właśnie w słowach setnika, rzymskiego dowódcy: Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja.

Wybrał i opr. Jan H. Darłak

Adwent, 2005 r.


****

Refleksje na Nowy Rok 2006

“Ciągle zaczynać od nowa”- piosenka oazowa


I. Sztuką jest zaczynać od nowa, pożegnać się zupełnie z tym, co było. Może coś decydującego stanie się w twoim życiu, kiedy będziesz musiał opuścić wszystko dawne, do czego przywykłeś. Może ci to dać okazję do pogłębienia wspólnoty z Bogiem i ludźmi. To co było, przyniosło Ci trochę radości i smutku, trochę łask i trochę grzechów. Wiem, że wszyscy upadamy. Za Boże łaski masz być wdzięczny, a za grzechy masz żałować i prosić miłosiernego Ojca o przebaczenie (św. Faustyna).
Wszystko, co Bóg z łaski Ci ofiarował, masz wziąć ze sobą (swoje talenty) wchodząc w to, co nowe w tym 2006 r. Nie wiemy jaki on będzie - tworzyć go my będziemy. Wszystko prawdziwie pozytywne ma wymiar wieczny. Pamięaj: na zawsze pozostaniesz ukochanym dzieckiem Ojca, nie zapomnij o tym.
On na wiele sposobów dawał ci dowody swej wierności.
Masz to zatrzymać jak skarb.
II. Twoich grzechów natomiast nie masz ciągnąć za sobą w to, co nowe. Masz je powierzyć miłosierdziu Bożemu, a On zniszczy je tak, że przestaną istnieć. Co Bóg czyni, czyni zawsze dobrze. Kiedy przebacza, to całkowicie i doskonale. Lekkimi krokami możesz wstępować w nowe i nie musisz pochylać się pod ich ciężkim brzemieniem. On je poniesie do Ojca, a Ojciec przyjmie z radością. Tak, dla Ojca to radość okazywać Ci miłosierdzie.
Wszystko, co było, twój nałóg, grzech, smutek, ból, spoczywa w objęciach Ojca. Nie musisz niczym się niepokoić. Możesz bezpiecznie wchodzić w możliwości, które otwiera przed Tobą to, co nowe.
Witaj, Nowy Roku!

Opracował: Jan Henryk Darłak

P.S. Dla całej Redakcji Kuriera “Szczęść Boże”.
Patronem tego Nowego 2006 Roku niech będzie twórca Ruchu Światło-Życie tzw. ruchu oazowaego w polsce, lata 50., 60., 70. - sługa Boży ks. Franciszek Blachnicki (diec. katowicka). Osobiście spotkałem go w Krościenku n/Dunacjem (Kopia Górka) w 1972 r. Był profesorem KUL-u, wykładał teologię Pastoralną. Przyjaciel Papieża Jana Pawła II.