Wszyscy jesteśmy spekulantami
Maryja rzekła: niech mi się stanie
I. Kiedy Duch Święty ustanawia Kościół (Zielone Świątki),
wspólnotę świętych, wszyscy, którzy pozwalają napełnić się
Duchem, zaczynają dalej przekazywać to życie (łac. missio),
które przyjmują, nie myśląc o tym, by otrzymać coś w zamian.
Ci, którzy prawdziwie żyją Duchem, otrzymują życie Boże, dając
je innym. W ten sposób wszyscy stajemy się pożyteczni dla
siebie nawzajem. Ponieważ Kościół tutaj, na ziemi, składa
się jeszcze z grzeszników, jest zapewne wielu takich, którzy
czerpią korzyści z wyrzeczenia innych, sami nie będąc gotowi
dawać. Jednak do pewnego stopnia wszyscy spekulują we wspólnocie
świętych.
II. Nawet najwięksi święci czerpią korzyści z Maryjnego tak
- fiat, wypowiedziane archaniołowi Gabrielowi przy Zwiastowaniu.
Nazaret. Wszyscy chronią się pod Jej płaszczem. (Na Jasnej
Górze klęczał nawet sam Józef Oleksy i inni komuniści, aby
tylko naród widział).
Potem święci i w kolejności my wszyscy, pozwalamy innym czerpać
korzyści z tego małego albo wielkiego tak, które mówimy
Bogu, podobnie jak sami z ich tak.
W Kościele istnieje absolutna wspólnota i to jest niewyczerpalnym
źródłem pociechy. Ta wspólnota jest przede wszystkim niewidzialna
i w pełni możemy nią żyć tylko w wierze. Jednak naszym zadaniem
jest też czynić ją widzialną na tyle, na ile nas stać.
Jakież bogactwo wiedzieć, że miłość Maryi i św. Pawła, Franciszka,
Małej Teresy, Maksymiliana, Brata Alberta czy Jana Pawła II
też należy do ciebie? Wobec takiego bogactwa możesz znaleźć
prawdziwą pokorę, otrzymujesz bowiem nieskończenie więcej,
niż sam możesz dać. Im więcej przyjmujesz, tym czujesz się
uboższy. Jednak właśnie przez swe ubóstwo, będziesz w stanie
przyjąć jeszcze więcej i bezinteresownie przekazywać to dalej.
Duch Święty będzie z Tobą!
Wybrał i opr. Jan Darłak
***
Strach
rodzi bohaterów
W obronie tchórzostwa - pisze Stefan Kisielewski (1911-1991)
I. Wychowywano nas w kulcie odwagi - w ogóle odwaga w Polsce
ceniona była przede wszystkim: tchórz to był epitet najbardziej
hańbiący, ten, kto się bał, chował to w sobie głęboko, aby
nie narazić się na wstyd. W gruncie rzeczy tego typu kult
odwagi był zarazem kultem pychy i obłudy: uważano, że strach
jest czymś uwłaczającym, przyznanie się do strachu czymś śmiesznym
i dyskwalifikującym. Cnoty chrześcijańskie jak pokora i cichość
serca, znane były ze słyszenia, lecz w istocie rzeczy nie
bardzo cenione; odwagę za to ceniono nadzwyczajnie i premiowano
nieproporcjonalnie. Duży wpływ na ten stan rzeczy miała może
i postawa młodych kobiet, które w Polsce, jak wiadomo, przepadają
tylko za odważnymi. Podjąłbym chętnie próbę obrony tchórzostwa,
a raczej tego, co się potocznie za tchórzostwo uważa, aby
w rezultacie dojść do nowej koncepcji odwagi - bo stara nadaje
się już zdecydowanie do lamusa.
Przede wszystkim nie cenię wrodzonej odwagi fizycznej, nie
cenię tego, że ktoś się wcale nie boi - przeciwnie, uważam
to za rodzaj kalectwa. Kto się nie boi, ten nie ma w tym żadnej
zasługi - zasługę ma tylko ten, kto pokonywa swój strach dlatego,
ponieważ uważa to za słuszne lub potrzebne. (Walka przed kolektywizacją
gruntów za czasów stalinowskich miała związek z odwagą - JO).
Ale pokonywać strach należy bez junackiej pozy, należy to
robić jawnie, strach bowiem nie jest czymś, czego należałoby
się wstydzić - przeciwnie: strach jest dla mnie formą zwątpienia
o sobie, a więc formą podwójności czy w ogóle złożoności psychicznej,
cenię zaś jedynie ludzi złożonych, nie prostych.
Oczywiście w tym miejscu wybuchnąć by mogła szeroka dyskusja
na temat tego, co jest więcej warte: komplikacja czy prostota.
Dyskusję tę, korzystając z prawa felietonisty, na razie uchylam:
nie piszę tutaj wszak traktatu filozoficznego, lecz szkicuję
sugestie - może z nich ktoś skorzysta, może je ktoś rozwinie,
uwzględniając wszelkie zastrzeżenia. Przy tym obawiam się,
że dyskusja o komplikacji i prostocie mogłaby łatwo, jak to
często bywa, stać się dyskusją o słowach, a zagubiono by w
niej - człowieka.
II. Tymczasem człowiek przez duże C, to moim zdaniem - zawsze
konglomerat i komplikacja: po badaniach wielkich psychologów,
fizjologów i psychofizjologów, a także po takich odkrywczych
książkach, jak W poszukiwaniu straconego czasu Prousta (fr.),
czy Ulisses Joycea (ang.), wydaje mi się, że nikt już nie
wierzy w monolity. Dzisiejszy bohater to człowiek złożony,
nie zaś junak bez trwogi: trafia się wprawdzie i w życiu junak
bez trwogi, lecz ten właśnie bohaterem nie jest, bo zasadniczym
składnikiem ludzkiego bohaterstwa jest trwoga - strach rodzi
bohaterów. (Dostojewski, Tołstoj, Hemingway) [...]
Cóż to jest o dwaga intelektualna? To odwaga niecofania się
przed własną myślą, przed wysnuciem z niej najostatniejszych
konsekwencji, choćby konsekwencje te groziły nam okrutną i
permanentną utratą spokoju wewnętrznego i zadowolenia z siebie.
Nieraz największy junak cofa się przed nadaniem ostatecznego
kształtu własnej myśli, jeśli myśl ta w swej konsekwentnie
skrystalizowanej postaci pozbawić go może komfortu psychicznego,
jaki daje mu odwaga, poczucie spełnionego obowiązku i ...
mgła duchowa. Człowiek kocha złudzenia, bo dają mu one spokój:
zdecydować się, w imię prawdy i rzetelności wobec samego siebie
na pozbawienie się spokoju, na rozterkę dotyczącą siebie,
która to rozterka dostarcza cierpień srogich jak tortury,
najtrudniej bowiem znieść wątpienie o sobie - oto odwaga intelektualna.
(...) Zaciekły pęd do prawdy miał jeden z najodważniejszych
ludzi intelektu w Polsce - Karol Irzykowski (oprócz Tadeusza
Kotarbińskiego). Nie tylko w swej twórczości, ale i w nieskończenie
licznych, niestrudzonych rozmowach uporczywie gmerał w swoim
i cudzym aparacie psychicznym, odkręcał śrubki, zdejmował
tarcze, wyciągał sprężynki, powodowany właśnie szczytną pasją
dotarcia do rozterki najistotniejszej, rozwiązania konfliktu
najczęściej zasadniczego. Gdy mu ktoś zwrócił uwagę, że to
nikomu nie przynosi szczęścia, odpowiadał: - A któż to powiedział,
że człowiek ma być szczęśliwy? Oto odwaga heroiczna: poświęcić
swój spokój wewnętrzny, skazać się na tak wymyślną troturę,
jaką jest złe lub dwuznaczne mniemanie o sobie - w imię miłości
prawdy. Taki ideał odwagi stawiam, a wobec niego wszelka odwaga
fizyczna czy psychofizyczna schodzi na plan drugi. Jeśli zachowam
się tchórzliwie w zajściu ulicznym, to rozterka w jaką z tego
powodu popadnę, później może być więcej warta dla mojego rozwoju
duchowego, niż gdybym był zachował się odważnie. Chwilowy
paraliż odwagi i orientacji u Lorda Jima jest niczym wobec
gmachów moralnych, jakie zbudował on następnie na tym przeżyciu.
Tchórzostwo przed myślą jest tchórzostwem, tchórzostwo przed
śmiercią, przypadkiem czy gwałtem, jest problemem arcyludzkim,
bo złożonym jak sam człowiek. A więc o rewizję naszych pojęć,
tyczących się tchórzostwa i odwagi wnoszę.
Stefan Kisielewski: Rzczy małe. Wyd. Iskry.
Pisma wybrane. Warszawa, 1998
Wybrał Jan H. Darłak
***
Refleksje
- religia
Paraliż duchowy
Przyjdę i uzdrowię go (Mt 8, 5-11)
I. Tak przed wiekami postanowił Bóg: że przyjdzie w ludzkiej
postaci, aby uzdrowić świat, świat schorowany, sparaliżowany
przez namiętności, uwikłany w grzechu. Jak do setnika mówi
Bóg: przyjdę i uzdrowię go mocą mej Prawdy i Łaski, oświecę
go i podźwignę z upadku. Bo kochać to znaczy powstawać - i
iść dalej...
Adwent to czas oczekiwania na to przyjście. Właściwie cała
historia ludzkości, od momentu grzechu pierworodnego, od wygnania
z raju aż po dzień dzisiejszy, także osobista historia każdego
z nas - jest czasem oczekiwania, jest nieustającym Adwentem.
Wciąż wyglądamy zmiłowania boskiego i wołamy o to zmiłowanie
w nocy głębokiej. Wciąż czujemy się w sytuacji schorowanego
biedaka, który przedstawia Bogu (czy Matce Bożej) coraz to
nowe prośby i potrzeby.
Czy jednak wśród tych próśb nie zapominamy o sprawie najważniejszej:
czy dajemy pierwszeństwo potrzebom duszy, potrzebie pojednania
i zjednoczenia z Bogiem?
Dla tej właśnie sprawy Bóg przychodzi na ludzki świat (na
ten padół płaczu i cierpienia); bez Jego obecności, bez Jego
światła i ciepła człowiek jest sparaliżowany w swoim życiu
duchowym. Paraliż to bezruch, ograniczenie czynności człowieczych,
to beznadzieja, to choroba nieodwracalna - to cierpienie i
ból. Człowiek taki chciałby działać, ale nie może, są chęci,
ale nie ma sił - jak w tym góralskim kawale.
III. Czy w naszej duszy daje się zaobserwować jakiś ruch ku
lepszemu? Czy mamy tę pozytywną energię, która popycha nas
ku dobru, ku Prawdzie, ku postępowi? Czy jest w nas coraz
większa żywa wiara, większa cierpliwość, opanowanie, ustępliwość,
życzliwość dla drugich, wyrozumiałość etc. Czy nie tkwimy
w miejscu wg. zasady, dobrze jest jak jest? Czy ten nasz brak
postępu ni ejest objawem jakiegoś paraliżu? Już nam ktoś 100
lat temu wypomniał taki paraliż woli, gdy pisał: Dużo by
już mogli mieć, tylko oni nie chcą chcieć (Stanisław Wyspiański,
1907).
Jeśli uważamy, że dobrze jest jak jest - byłaby to rezygnacja
z postępu, ale rezygnacja z postępu zw dobrem to coś gorszego,
niż zastój: to prawdziwy paraliż duchowy.
Postawa setnika w Ewangelii (mateuszowej) jest postawą wiary
i pokory. On też oczekuje spełnienia swej prośby, ale jego
pokora niewiele się naprasza, a jego wierze wystarczy jedno
słowo Uzdrowiciela.
I my nasze oczekiwanie adwentowe wypowiedzmy w słowach:
Panie, dusza moja niemocna... ułomna... zagubiona... zniechęcona.
Nasza zaś pokora i wiara znajdą swój wyraz właśnie w słowach
setnika, rzymskiego dowódcy: Panie, nie jestem godzien, abyś
przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona
dusza moja.
Wybrał i opr. Jan H. Darłak
Adwent, 2005 r.
****
Refleksje
na Nowy Rok 2006
Ciągle zaczynać od nowa- piosenka oazowa
I. Sztuką jest zaczynać od nowa, pożegnać się zupełnie z tym,
co było. Może coś decydującego stanie się w twoim życiu, kiedy
będziesz musiał opuścić wszystko dawne, do czego przywykłeś.
Może ci to dać okazję do pogłębienia wspólnoty z Bogiem i
ludźmi. To co było, przyniosło Ci trochę radości i smutku,
trochę łask i trochę grzechów. Wiem, że wszyscy upadamy. Za
Boże łaski masz być wdzięczny, a za grzechy masz żałować i
prosić miłosiernego Ojca o przebaczenie (św. Faustyna).
Wszystko, co Bóg z łaski Ci ofiarował, masz wziąć ze sobą
(swoje talenty) wchodząc w to, co nowe w tym 2006 r. Nie wiemy
jaki on będzie - tworzyć go my będziemy. Wszystko prawdziwie
pozytywne ma wymiar wieczny. Pamięaj: na zawsze pozostaniesz
ukochanym dzieckiem Ojca, nie zapomnij o tym.
On na wiele sposobów dawał ci dowody swej wierności.
Masz to zatrzymać jak skarb.
II. Twoich grzechów natomiast nie masz ciągnąć za sobą w to,
co nowe. Masz je powierzyć miłosierdziu Bożemu, a On zniszczy
je tak, że przestaną istnieć. Co Bóg czyni, czyni zawsze dobrze.
Kiedy przebacza, to całkowicie i doskonale. Lekkimi krokami
możesz wstępować w nowe i nie musisz pochylać się pod ich
ciężkim brzemieniem. On je poniesie do Ojca, a Ojciec przyjmie
z radością. Tak, dla Ojca to radość okazywać Ci miłosierdzie.
Wszystko, co było, twój nałóg, grzech, smutek, ból, spoczywa
w objęciach Ojca. Nie musisz niczym się niepokoić. Możesz
bezpiecznie wchodzić w możliwości, które otwiera przed Tobą
to, co nowe.
Witaj, Nowy Roku!
Opracował: Jan Henryk Darłak
P.S. Dla całej Redakcji Kuriera Szczęść Boże.
Patronem tego Nowego 2006 Roku niech będzie twórca Ruchu Światło-Życie
tzw. ruchu oazowaego w polsce, lata 50., 60., 70. - sługa
Boży ks. Franciszek Blachnicki (diec. katowicka). Osobiście
spotkałem go w Krościenku n/Dunacjem (Kopia Górka) w 1972
r. Był profesorem KUL-u, wykładał teologię Pastoralną. Przyjaciel
Papieża Jana Pawła II.
|