Na grzyby albo na ryby... do Wisconsin
Rano w poniedziałek, 3 października dzwoni pan Zbyszek, właściciel małego motelu do mojego kolegi, Marian: jest wysyp grzybów - przejeżdżajcie natychmiast. I tak dał mi odczuć maratońskie tempo. W godzinę byłem gotowy do drogi. Wtorek i środa to nasze niezapomniane grzybobranie. Wprawdzie nie było borowików, jak w opezji śpiewał A. Mickiewicz, ale za to maślaków wbród. Zbieraliśmy je na kolanach, jakby ta czynność graniczyła z liturgią czy uwielbieniem Natury - Matki Natury.
Trasa liczyła ok. 220 mil. Miejscowość - ponoć od czeskich osadników nazywa się Necidah, a obok przepływa rzeka Wisconsin River (na północ od Wisconsi Dells). Motelu (co mi się bardzo spodobało) strzeł uroczy pies Siba, z rasy Haski. Jak zaznaczył gospodarz, psy te to mocne zwierzęta, ciągną sanie i pochodzą z Alaski. W trójkę uzbieraliśmy ponad 5 wiader (5-galonowych). Było parno i słonecznie, temperatura dochodziła do 85 F. Pan Marian był troszeczkę nie w humorze. Dlaczego?
Jego hobby to łowienie ryb. Sprzęt miał - no ale czasu nie znalazł, poświęcił go dla mnie. To go wewnętrznie drogo kosztowało, ale jak mówi: grzyby skończą się w październiku, na ryby jeszcze nie raz pojedzie.
Duża frajda, psychiczne odprężenie i relaks - chociaż nogi trochę przepraszam dają w kość (mało ruchu i chodzenia). Radzę wyjeżdżajcie z Chicago i okolic na grzyby (na maślaki) po zdrowie i wyluzowanie się, po to, aby raz w roku poczuć piękno i zapach lasu, ściółki i ubrudzić się, i nabrać energii naładować swój akumulator do dobrego życia. Zachęcm a koledze Mariano dziękuję za wielką uprzejmość i spokojną jazdę Fordem, w którym czułem się jak hrabia Potocki z Łańcuta. Za dwa tygodnie obiecał zwnou zabiorę Cię na grzyby, ale ja będę łowił do rana - ripostował ożywczo.
Uśmiechnąłem się bo wim, że i tak będzie mi towarzyszył w zbieraniu grzybów, a z łowienia będą nici.
Takie jest życie - niestety. Ce la Vi - jak mówią Francuzi!
Jan Darłak
|